Czy kiedykolwiek mieliście wrażenie, że z rozbiegu uderzacie głową w ścianę? Albo w tym intensywnym marszu dochodzicie do ściany i nic dalej nie ma?
Zawód nauczyciela (instruktora, trenera, jak zwał tak zwał) jest postrzegany jako bilet do raju. Szczególnie kiedy samemu jest się sobie szefem. Pracujesz jak i kiedy chcesz, pracujesz w sporcie, spotykasz mnóstwo interesujących osób, samemu często ćwiczysz i do tego jeszcze naprawdę dobrze zarabiasz. Brzmi rewelacyjnie prawda? I powiem szczerze, że tak nawet jest, ale do czasu…

Wypalenie zawodowe, tzw burnout syndrome, to stan wyczerpania emocjonalnego i fizycznego, często wywołany przez stres, szczególnie ten długotrwały. Jego objawy to uczucie ciągłego zmęczenia, przepracowanie, brak ochoty do pracy lub jakichkolwiek czynności z nią związanych. Co ciekawe, pojawia się najczęściej w wyniku działania tak zwanego stresu emocjonalnego, na który narażone są osoby pracujące z dużą ilościom ludzi.

Brzmi znajomo? Czas powiedzieć to szczerze, zawód nauczyciela pilates jest narażony na występowanie stresu emocjonalnego i w konsekwencji prowadzić do wypalenia zawodowego oraz depresji.
Jestem nauczycielem pilates, prowadzę własną firmę. W niej prowadzę szkolenia i treningi indywidualne. Ale czy tylko? To tylko czubek góry lodowej. Dalszym rozwinięciem mojego opisu jest: jestem w mojej pracy sprzątaczką, specjalistką od PR i marketingu, pisarką, księgową, psychologiem, psychoterapeutą. Trochę sporo etatów i umiejętności jak na jedną pracę. Obowiązek goni obowiązek, a wolny czas zaczyna się zamazywać, gdyż oprócz prowadzenia klientów należy wystawić fakturę, zrobić przelew czy kupić papier toaletowy.


Dodatkowa kwestia takiej formy pracy to ludzie. Klienci. Jeśli prowadzisz 6 treningów pod rząd, masz sześciu różnych klientów. Każdy z nich ma swoją historię, swoje problemy, swój charakter. Jeśli pracuje się z klientami z problemami zdrowotnymi, pierwsze spotkanie to strzał informacji zdrowotnych, często związanych z bólem. Tu pojawiają się także olbrzymie nadzieje owych klientów, że dzięki ćwiczeniom ich ból minie a oni ozdrowieją. To spore obciążenie, ogromna odpowiedzialność na barkach nauczyciela. Ale wracając do tych różnych klientów. Lubią opowiadać, dzielić się swoimi historiami. To ile usłyszałam w swojej pracy opowieści o zdradach, rozwodach, śmierciach, chorobach stanowiłoby pokaźnych rozmiarów książkę. Do tego dochodzi ich energia. A nauczyciel to wszystko chłonie jak gąbka. Kiedyś mi powiedziano, że po wyjściu z pracy powinnam sobie wyobrazić tęczowy deszcz, który obmywa mnie ze wszystkich energii z jakimi się zetknęłam… Ale kto ma do tego głowę i pamięta za każdym razem by to robić?




Wielokrotnie dochodziłam do owej ściany, czując, że zamotałam się i kompletnie nie wiem, w którą stronę pójść. Wielokrotnie nie chciało mi się nic, a czytanie książek branżowych czy słuchanie pilatesowych podcastów wywoływało u mnie odruch wymiotny. We wszystkim należy znaleźć umiar, tak jak należy nauczyć się delegowania niektórych ze swoich prac czy obowiązków. Planowanie urlopu to rzecz piękna, uczenie się odpoczywać na urlopie to rzecz bardzo trudna. Ale gdy tylko uda się to osiągnąć, jeden as w kieszeni. Rozmowy z bliskimi, którzy zrozumieją i wesprą.


Kiedyś jeden z psychologów zapytał mnie, czy znam najważniejsze słowo w języku polskim. Wiesz jakie to słowo? NIE. Nie uratuję świata przyjmując kolejnego klienta. Po nocach wystawiając faktury. Zapisując się na kolejne szkolenie. NIE. Teraz jestem ja i moje wartości. A zaraz obok tego magicznego NIE powinno znaleźć się schodzenie ze swoich ambicji i perfekcjonizmu. Jestem astrologicznym strzelcem, a moją liczbą jest 7. Wszystko toczy się wokół bycia najlepszą. Uwierzmy w siebie, doceńmy swoją wartość i powiedzmy sobie „jestem najlepszą wersją siebie. Jestem the best of the best”.

Nie bój się przyznać przed sobą i resztą świata, że przed Tobą stoi ściana zwana wypaleniem zawodowym.
