Siedzę i siedzę, myślę i myślę…

…czego naprawdę mi brak?

Siedzę na tarasie, jem kanapkę i ponad przeciętnie intensywnie zastanawiam się o czym tak naprawdę chcę napisać. I wiecie co? Mam totalną pustkę w głowie!

Jestem w trakcie dużych zmian, zamykam duże studio pilates, pełne zajęć grupowych, na rzecz małego, domowego studia na potrzeby treningów indywidualnych i fizjoterapii. Prawie rok podejmowałam decyzję co tak naprawdę powinnam i chcę zrobić. Teraz słowo się rzekło, decyzja zapadła, kroki zostały podjęte. Teraz, pełna przerażenia, uśmiecham się w sobie, zapewniając się, że podjęłam właściwą decyzję 😉

Kiedy w 2005 roku poszłam na pierwsze szkolenie pilates nie wiedziałam zbytnio czego chcę od życia i jakie są moje cele. Nie spodziewałam się, że 5 lat później otworzę swoje studio. A tym bardziej nie spodziewałam się, że kolejne 9 lat później je zamknę na rzecz prowadzenia treningów indywidualnych.

Teraz wiem czego chcę! Przez ostatnie lata mój cel się wyklarował i wreszcie mogę go konkretnie określić. Chcę sprawiać ludziom radość poprawiając ich zdrowie, uwalniając ich od bólu pleców i ich usprawniając. O! Chcę pracować z ludźmi indywidualnie, łącząc wiedzę pilatesową z wiedzą fizjoterapeutyczną. Leczyć i pomagać ruchem. Nie ma wspanialszej rzeczy niż usłyszeć od klientów, że spełniam ich marzenia o sprawnym ciele bądź, że dzięki treningom ze mną, wreszcie nie czują bólu pleców i mogą normalnie funkcjonować.

W mojej pracy łączę 4 najfajniejsze aspekty mojej osobowości: pasję do gadania, pasję do pomagania, wiedzę medyczną i wiedzę o ruchu. No, dodałabym jeszcze, że dochodzi do tego praca z energią i psychoterapia. I to jest właśnie to co zawodowo mnie uszczęśliwia. Klient, dobra relacja z nim, fachowe podejście, pozytywna energia, pomoc medyczna poprzez ćwiczenia.

Na czym polega praca trenera pilates? A więc trener pilates to taki bardziej upierdliwy trener personalny 😛 Czemu bardziej upierdliwy? Gdyż cechą charakterystyczną jest patrzenie na szczegóły: jak ustawia się ciało, jak rusza się ciało, jak porusza się klatka piersiowa w czasie oddechu, czy klatka piersiowa jest w linii miednicy, czy brzuch jest aktywny, czy pośladki są aktywne itd itp.

Pierwszy trening przebiega w sposób następujący:

jak wygląda pierwszy trening

  1. rozmowa

Wstępna rozmowa, tak zwany wywiad, jest najważniejszą rzeczą pierwszego treningu. Dzięki niej trener poznaje swojego klienta. Wywiad nie tylko dotyczy aktualnej kondycji, ilości czasu poświęcanego na aktywność fizyczną, ale również stanu zdrowia, przebytych operacji, wypadków, zażywanych leków, poziomu stresu i powodów wybrania takiej formy ruchu. To skarbnica wiedzy, z której trzeba wyciągnąć jak najwięcej informacji. Ale również to moment obserwacji, jak klient siedzi, mówi, gestykuluje, jakie ruchy najczęściej powtarza. Informacji, które naprawdę mogą się trenerowi przydać.

2. analiza postawy

Część analizy postawy to właśnie wyżej wymienione obserwacje. Jak klient wchodzi do studia, jak się porusza wtedy, jak siada, wstaje i siedzi w czasie całej rozmowy. A potem przychodzi czas na dokładne oglądanie ciała. Z przodu, tyłu i z obu boków. Od stóp po głowę. Zwracając uwagę czy obie połówki ciała są względnie symetryczne, jak są ustawione stopy, miednica i barki. Jak przebiega linia kręgosłupa. Tak naprawdę najtrudniejsza część dla trenera, gdyż dobrze przeprowadzona analiza i obserwacja postawy pozwala na dobrze dobrane ćwiczenia i szybkie osiągnięcie celu treningowego.

3. ćwiczenia

Najciekawsza część dla klienta. Wreszcie coś się dzieje! Koniec gadania, początek ćwiczenia. Jeśli trening trwa godzinę, to przy pierwszym spotkaniu da radę zrobić do 5-8 ćwiczeń maksymalnie. Każde ćwiczenie należy dokładnie wytłumaczyć (co, jak i dlaczego), pokazać, poinstruować w kwestii poprawnego ustawiania ciała i wykonywania ruchu. Dobrze by było gdyby trener używał prostych słów i sformułowań, które łatwo trafią do klienta. I będą bez większego problemu zrozumiałe. W pilatesie największym błędem jest zbyt duża ilość wskazówek, gadanie bez przerwy i chęć wytłumaczenia wszystkiego za jednym zamachem. A tak się nie da. Na wszystko przyjdzie czas. Nie ma opcji by nauczyć kogoś aktywizacji centrum, prawidłowego oddychania, kontroli ruchu i postrzegania ciała w przestrzeni.

Często też ćwiczenia są tak ułożone, by mogły być wykonywane w domu. Ja pracuję z klientami wtedy w taki sposób, że robię im zdjęcia jak wykonują dane ćwiczenie, następnie przerzucam na komputer, dokładnie opisuję i wysłam na maila. Dzięki temu mają lepszy pogląd na to jak faktycznie powinny wyglądać pozycje i ruchy.

4. cele

Ostatnią fazą pierwszego treningu jest wyznaczenie celów. Z jakiego powodu klient zdecydował się na treningi pilates? Co chce dzięki nim osiągnąć? Która z tych rzeczy jest dla niego najważniejsza? Jaki jest realny czas jej osiągnięcia i przy jakiej regularności ćwiczeniowej? Daje to pogląd na to jak mają przebiegać treningi, na co należy się nastawić od strony finansowej i kiedy można spodziewać się pierwszych efektów.

Przyznam się Wam do tego, że od dłuższego czasu nie przygotowuję rozpisek na treningi klientów. Przygotowuję za to dłuuuugie listy ćwiczeń, które poszczególni klienci mogą wykonywać. Nauczyłam się, że nie da się pewnych rzeczy przewidzieć. Jaki klient będzie miał nastrój, czy dobrze spał, czy nie miał zbyt dużo stresów przez ostatni czas i jest całkowicie pospinany. A może coś go boli i chodzi przykurczony? Na bieżąco przeglądam encyklopedię ćwiczeniową w swojej głowie i dobieram najlepsze ćwiczenia jakie w niej znajdę.

3, 2, 1… 2019 czas zacząć

Standardowo zapytam – kiedy do licha minął zeszły rok? Pamiętam jak rok temu siedziałam w fotelu w pokoju hotelowym w Niechorzu i pisałam post podsumowujący rok 2017. A tu nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się rok 2019. Kiedy, ja się pytam?

A jaki był twój 2018 rok_

Podsumowując w kilku słowach: 2018 to był bardzo pracowity rok. Z jednej strony wspaniały, pełen nowych wyzwań, sukcesów. A z drugiej pełen niepowodzeń zdrowotnych i olbrzymiego zmęczenia.

Nad niepowodzeniami nie ma co się rozwodzić, wystarczą mi dwie anginy i załamanie na koniec roku.

Ale ile sukcesów!

  1. razem z Kamilą Górecką stworzyłyśmy szkołę Harmonia Ruchu. Nie spodziewałam się tego za nic w świecie. W 2017 roku zaczęłam samodzielnie prowadzić warsztaty, ale wiadomo jak to jest samemu. A tu zdwojona siła, piękne dwie sesje zdjęciowe, profesjonalna strona internetowa, certyfikaty, materiały. Harmonia Ruchu w sierpniu 2018 miała swój debiut w postaci warsztatowego tour po Polsce i wierzę, że zrobiła pozytywne wrażenie na jego uczestnikach
  2. Poprowadziłam 14 warsztatów w tym Pilates w wadach postawy, Głęboka stabilizacja, Profilaktyka dolnego kręgosłupa, Obręcz barkowa i Spine corrector
  3. Przeszkoliłam prawie 60 osób!
  4. Po zdanym egzaminie w STOTT obiecałam sobie, że rok 2018 nie będzie dla mnie rokiem szkoleniowym i obietnicę prawie dotrzymałam, ponieważ byłam tylko na jednym warsztacie o oddychaniu
  5. Poporowadziłam prelekcję o znaczeniu ćwiczeń pilates w fizjoterapii dla studentów fizjoterapii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, dzięki czemu zyskałam aż czterech świetnych praktykantów, którzy od wakacji przyglądali się mojej pracy z klientami
  6. Przeczytałam 34 książki i jestem z tego cholernie dumna
  7. Zrobiłam aż 4 profesjonalne sesje zdjęciowe, z czego dwie moje własne osobiste pilatesowe.

2019_ (1).png

2019 wcale nie szykuje się dla mnie lżejszy. Wręcz przeciwnie. Warsztatów a warsztatów. Moich dla mnie i moich dla instruktorów. Zaplanowałam dla swojego rozwoju 3 warsztaty, mam nadzieję, że okażą się rewelacyjne. Ale również kilka wyjazdów urlopowych, żeby móc zregenerować siły i odpocząć.

Jakie mam postanowienia dla samej siebie i dla Was?

1) ruszaj się – wybierz sobie taką formę aktywności, która jest dla Ciebie przede wszystkim osiągalna. Spacer 15 minut dziennie naprawdę wystarcza!

2) jedz świadomie – po prostu pomyśl zanim coś kupisz i zjesz. Nikt nie mówi tu o przygotowywaniu niewiadomo jakich posiłków i przechodzenie na najbardziej skomplikowane rzeczy świata! Jedz z umiarem, świadomie, pełnowartościowo. Kupuj rzeczy zdrowe i jednocześnie smaczne. Jeśli masz taką potrzebę, zamów katering. Nie ograniczaj się do morderczych 1000 kcal dziennie. Najadaj się.

3) oddychaj – pełną piersią! Powoli i spokojnie. Nawet nie wiesz jak wiele dobrego potrafi zdziałać głębokie oddychanie. A jak wspaniale redukuje stres!

4) uśmiechaj się – proste, prawda? Zacznij dzień z uśmiechem i staraj się to robić najczęściej jak się da. Od razu będzie Ci lepiej 

5) bądź dla siebie dobry – po co się katować ciężkimi treningami, restrykcyjnymi dietami i generalnie wmuszaniem w siebie czegoś, co nie daje nam żadnego szczęścia? Znajdźmy swoją strefę dobra i celebrujmy każdy moment dnia, kiedy możemy zrobić mały uczynek właśnie dla siebie 

Wyzwanie książkowe 2018

Co prawda założenie było takie, że w 2018 roku przeczytam 52 książki. No cóż, nie do końca mi to wyszło, ale biorąc pod uwagę, że przeciętny Polak nie czyta w ogóle, to uważam, że moje 34 książki to naprawdę niezły wynik.

Grand Flower Sale!.png Tak, przeczytałam w 2018 roku aż (lub tylko) 34 książki. Dla mnie aż. Mocne aż. Szczególnie, że prawie połowa to książki branżowe w języku angielskim. Ponad 2 książki miesięcznie to całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. No, prawie 3 żeby nie było.

Wiele osób ze zdziwieniem na mnie patrzyło i pytało kiedy do cholery udało mi się te książki przeczytać. Szczerze? Nie mam najmniejszego pojęcia? Każdy wyjazd, niezależnie od tego czy trwał 3 czy 6 dni, obfitował w książki. Od jednej aż do czterech. W wolnych czasie, szczególnie wakacyjnym, kiedy sporo klientów wyjechało na urlopy, a ja miałam nadprogramowo dużo wolnego czasu, wyjeżdżałam do ojca na wieś i czytałam. A resztę wpychałam pomiędzy opiekę nad dzieckiem, treningi z klientami, prowadzenie firmy, zajmowanie się domem i prowadzenie warsztatów 😉 I jak widać, dla chcącego nic trudnego, da się. Aczkolwiek muszę się przyznać, że na początku grudnia, gdy spojrzałam na moją półeczkę z książkami otagowanymi jako ‚must read’, a większość z nich to anglojęzyczne branżówki, zrobiło mi się trochę niedobrze 😛

No to zaczynamy wyliczankę!

Kategoria 1 – książki branżowe

  1. „Anatomy of movement” Blandine Calais – Germain
  2. „Anatomy of movement exercises” Blandine Calais – Germain
  3. „The Pilates method of Body Conditioning” Romana Kryzanowska
  4. „Dynamic alignment through imagery” Eric Franklin
  5. „Spinal Control: the rehabilitation of back pain” Paul W Hodges i inni
  6. „Wylecz swój kark” Robin McKenzie
  7. „Wylecz swoje plecy” Robin McKenzie
  8. „Zdrowe plecy spiralna stabilizacja kręgosłupa” R. Smisek
  9. „Fascia in motion” Elizabteh Larkam
  10. „Fast facts: ból dolnego odcinka kręgosłupa” Dawid G. Borenstein
  11. „Conditioning for dance” Eric Franklin
  12. „Disorders of scapula and their role in spinal injury” W. Ben Kibler
  13. „Pilates in rehabilitation” Samantha Wood
  14. „Everything pilates book” Amy Taylor Alpers
  15. „Pilates for hip and knee syndromes and arthroplasties” Beth A. Kaplanek
  16. „Pilates’ Return to Life Through Contrology: Revised Edition for the 21st Century” Joseph Pilates

Kategoria 2 – ogólne

  1. „Twoja złość krzywdzi dziecko” Kim Paleg
  2. „Mafia Spółka jawna.” Giovanni Tizian
  3. „Zero zero zero” Roberto Saviano
  4. „Instytut” Jakub Żulczyk
  5. „Wzgórze psów” Jakub Żulczyk
  6. „Radio Armaggedon” Jakub Żulczyk
  7. „Złość” Magdalena Miecznicka
  8. „Mózg i serce” James R. Doty
  9. „Masa o kobietach polskiej mafii” Artur Górski
  10. „Subtelnie mówię fuck” Mark Manson
  11. „Kto ukradł mój ser” Spencer Johnson
  12. „Lekcje o życiu” Jarosław Tuczko
  13. „Ptasiek” William Wharton
  14. „Stulecie chirurgów” Jurgen Thorwald
  15. „Kokainowe wydmy” Carl Hiaasen
  16. „Forrest Gump” Winston Groom
  17. „Lekacja anatomii czyli spotkania z chirurgią”
  18. „Skin coach” Bożena Społowicz

Jak widać rozpiętość tematyczna spora. Od pilates, przez anatomię, rehabilitację po mafię, biznes kokainowy, poradniki o życiu i ogólnie znane książki. Jeśli ktoś potrafi stworzyć dobry profil psychologiczny na podstawie tego materiału, z chęcią go zobaczę 😉

Grand Flower Sale! (1)

Którą książkę, o branżowych mowa, mogę z czystym sumieniem polecić? Zdecydowanie pozycje Blandine Calais – Germain i Erica Franklina. Ona genialna anatomicznie, wspaniale pokazuje kości, stawy, mięśnie oraz opisuje za co odpowiadają. W przejrzysty, prosty sposób. Do tego książka zawiera rewelacyjne ryciny, które doskonale uzupełniają treść. On rewelacyjnie opisuje ruch ciała, jego funkcje. Biomechanikę pracy ciała. W sposób działający na wyobraźnię, nawet tych najbardziej opornych, przez co wszystko jest wytłumaczone w najdokładniejszy z możliwych sposobów. Lepiej ruchu ciała nie dało się uzmysłowić.

„Fascia in motion” jest książką pełną pomysłów jak w ćwiczenia pilatesowe, na pilatesowym sprzęcie, można wpleść całą teorię powięziową, jak zrobić ruch mega trójwymiarowy. Dla osób, które mają dobre podstawy pilatesowe oraz anatomiczne. Które rozumieją ruch i ciało człowieka. Inaczej zrobi się chryja, mętlik i nikt nie będzie wiedział co, gdzie i po co.

pobrane.jpg

Robina McKenzie zdecydowanie natomiast nie polecam. Przepraszam tu wszystkich za sformułowanie, ale większych bzur to ja dawno nie czytałam!

Z kategorii 2 polecam bardzo, ale to bardzo bardzo, „Lekcje o życiu”. Dawno nie czytałam tak pięknej, życiowej książki. Naprawdę. Żadne tam amerykańskie bzdury, porady z tyłka, których nie da się przenieść do normalnego życia. Żadne wyssane z palca historie czy sytuacje. Zrobiła na mnie ogromne pozytywne wrażenie.

lekcje-o-zyciu-czlowiek-sukcesu-radzi-i-podpowiada-w-iext52982325

W przeciwieństwie do „Subtelnie mówię fuck” oraz „Skin coach”. Lelum polelum, dziękuję, zamknęłam okładkę i odstawiłam na półkę. Zero wniosków, niczego z nich nie zapamiętałam, bez sensu i dupa totalna. O!

O tym jakie wrażenie wywarła na mnie książka „Zero” mówić nie muszę. Każdy kto czytał „Gomorra” i lubi takie klimaty to wie i zrozumie. Mega otwiera oczy na biznes kokainowy na świecie. Nie zdawałam sobie sprawy z tak wielu rzeczy, o których Saviano w niej pisze. Do tej pory pamiętam wiele szczegółów, a to dowód, że nieźle utknęła mi w głowie. I na pewno do niej jeszcze wrócę.

317446-352x500

I tyle 🙂 Wyzwanie na 2019 czas zacząć, może tym razem się uda zrobić te sławetne 52 książki 😉

A Wam? Jak wypadł rok 2018 pod kątem przeczytanych książek?

41624600_1954895291216150_7395726546029248512_n

 

Postawa prawidłowa?

„Taki układ poszczególnych odcinków ciała niedotkniętych zmianami, który zapewnia optymalne zrównoważenie i stabilność ciała, wymaga minimalnego wysiłku mięśniowego, zapewnia dużą wydolność statyczno-dynamiczną oraz stwarza warunki właściwego ułożenia i działania narządów wewnętrznych.” – Wikipedia

„To harmonijne i bezwysiłkowe ułożenie poszczególnych elementów postawy w stosunku do osi długiej ciała” – Przybylski 1965

„Taka, która występuje dostatecznie często, aby można ją było uznać za charakterystyczną dla danej populacji. Jest ona atrybutem osobników zdrowych o prawidłowym rozwoju fizycznym i psychicznym” – Kasperczyk 1992

Definicji jest sporo. Określeń jeszcze więcej. Punktów jakie należy spełnić multum. A rozumień jej miliony.

postawa

Czy istnieje coś takiego jak postawa prawidłowa?

Zacznijmy od tego, że każdy z nas ma inne ciało. Inne proporcje. Inną wielkość i kształt twarzoczaszki, obwód głowy, długość szyi, wysokość kręgów, szerokość miednicy, kształt klatki piersiowej, stosunek góry do dołu ciała. Niektórzy z nas mają mięśnie, których inni nie posiadają. Możemy posiadać wady wrodzone lub nabyte. Być po chorobach czy urazach. Możemy wyglądać idealnie lub nieidealnie. A czy nasza postawa będzie wtedy prawidłowa? I co ją tak naprawdę będzie definiować?

Kartka papieru przyjmie wszystko. Doskonale na niej wyglądają cyfry, liczby, kąty i wielkości. Czytając o ułożeniu ciała i prawidłowej postawie można odnieść wrażenie, że mowa o samym Zeusie.

Jaka według definicji jest nasza postawa prawidłowa krok po kroku? Aby ocenić postawę człowieka patrząc na niego z boku najczęściej wykorzystujemy pion, który przebiega przez:

  • odrobinę za szczytem głowy
  • płatek ucha -> przez wyrostek sutkowaty
  • ząb obrotnika
  • trzony kręgów szyjnych
  • staw ramienny
  • trzony kręgów lędźwiowych
  • wzgórek kości krzyżowej
  • odrobinę za środkiem stawu biodrowego
  • przez krętarz większy kości udowej
  • odrobinę przed linią środkową kolana -> odrobinę przez osią stawu kolanowego
  • odrobinę przed kostką boczną -> staw piętowo-sześcienny

Odchylenia od powyżej linii pionu definiują konkretne wady postawy jak plecy płaskie, okrągłe, wklęsłe itd.

Ale, czy pion definiuje faktycznie idealną postawę?

Patrząc na ciało możemy okreslić postawę idealną prawidłową jako (patrząc od dołu):

  • ciężar ciała rozłożony równomiernie na obu stopach, zarówno jeśli chodzi o krawędzie zewnętrzne i wewnętrzne, jak i 3 punkty podparcia (pod paluchem, małym palcem i na środku pięty)
  • miękkie kolana, gdzie linia biegnie od środka stawu biodrowego, przez rzepkę stawu kolanowego naprzestrzeń między drugim a trzecim palcem stopy
  • miednica neutralna (kość łonowa i kolce biodrowe przednie górne w jednej płaszczyźnie) u mężczyzn lub w niewielkim przodopochyleniu u kobiet
  • mięśnie dna miednicy i brzucha (skośne i poprzeczny) w niewielkiej aktywacji
  • niewielka krzywizna wklęsła w odcinku lędźwiowym
  • niewielka krzywizna wypukła w odcinku piersiowym z łopatkami leżącymi w przyklejeniu na plecach
  • broda padająca na środek mostka, żebra płasko na klatce piersiowej, głowa nad obręczą barkową ze wzrokiem skierowanym przed siebie

I jak? Jesteście idealni? Ja w żadnym wypadku 😛

Zapamiętajmy raz na zawsze – nie jesteśmy idealni. Życie nigdy na 100% nie jest idealne. Jak napisał w swej książce Jarosław Tuczko, lepiej i zdrowiej jest oczekiwać od życia tych 70% aniżeli 100. Podobnie jest z naszym ciałem.

Widzieliście kiedyś eksperyment w photoshopie, gdzie na jednym zdjęciu złożono wszystkie aspekty twarzy kobiety uznane za idealne? I naprawdę uważacie, że jest cudem świata?

idealna-kobieta-62909769

Dla mnie idealna postawa to taka, która jest jak najbardziej zbliżona do tej badanej według pionu, gdzie również prawa i lewa strona ciała są jak najbardziej podobne do siebie, ale przede wszystkim, pozwala stawom być w ich neutralnym ustawieniu, torebkom stawowym i więzadłom w neutralnej długości, mięśniom w najlepszej ich długości (gdzie mogą w trakcie pracy kurczyć się i rozciągać w pełnych swoich możliwościach i zakresach), i nie generować dyskomfortu, bólu czy zmniejszenia jakości życia. Za tymi wspaniałymi określeniami chowam funkcjonalność. Dla mnie idealne ciało jest ciałem funkcjonalnym, będącym w stanie spełniać potrzeby rozsądnego życia (a więc nie życia 12 godzin przed komputerem).

No dobrze, wiemy jak wygląda książkowa postawa. Zatem wszystkimi naszymi siłami, ćwiczeniami, oddechem, próbujemy ja uzyskać. Jaki najczęściej mamy efekt? Wymuszony. Prawidłowa postawa ciała nie powinna wynikać z nadmiernego napinania mięśni oraz ustawiania się na siłę. Powinna jak najbardziej naturalnie przychodzić. Powinna być niewymuszona. Gdyż uzyskana w wyniku wymuszenia obciąża stawy i powoduje napięcie innych, niepotrzebnych mięśni. Dodatkowo zaburza oddychanie. I powoduje stres. Czyli de facto robi wszystko to co nie do końca jest nam potrzebne.  Zatem luz moi drodzy. I oddech. Tak, oddychanie jest tutaj bardzo ważne. Takie głębokie, trójwymiarowe w pracy klatki piersiowej. Gdyż ustawienie klatki piersiowej wpływa na ustawienie kręgosłupa piersiowego. Ten zaś na to co jest ponad i poniżej, czyli na odcinek szyjny, głowę oraz na odcinek lędźwiowy i miednicę. I na napięcie mięśni brzucha, a co za tym idzie, mięśni pleców. I jak widzimy wszystko się ze sobą pięknie łączy w jedną całość.

Nasze życie jest zmienne. Aktywności fizyczne się zmieniają. Rytm dnia. Praca narządów wewnętrznych. W tym także zmienia się postawa naszego ciała. Każdy ruch powoduje zmianę. Ustawienie zależy nie tylko od czynników fizycznych, ale również i psychicznych. Zamimast sztucznie i napięciowo przyjmować prawidłową postawę, o wiele ważniejsza jest umiejętność uzyskania i wykorzystania potencjału naszego ciała i jego jak najlepszej postawy. Bycie funkcjonalnym ze swoim ciałem i w swoim ciele.

46710003_2105262189513282_1092002839531618304_n
adres

Równowaga

Równowaga powinna istnieć zawsze i wszędzie. Powinna w płynny sposób przepływać z życia prywatnego do życia zawodowego. I to jest rzecz, której właśnie mi zabrakło.

Nie wiem jak to się stało, ale spotkała mnie choroba. Przyszła nagle i zadziałała równie nagle jak się pojawiła. Zwaliła mnie z nóg, dosłownie! Na dwa dni przykuła do łóżka, na 3 dni w domu. Miałam dreszcze, gorączkę, takie osłabienie, że nie mogłam się w niektórych momentach podnieść. We wtorek wezwałam lekarza do domu. Diagnoza – angina. I natychmiast antybiotyk. Ostatnim razem anginę miałam w liceum. Która potem podziękowała mi zamieniając się w szkarlatynę. 3 tygodnie wyłączenia mojej osoby z życia. Anginę miałam też w tym roku. W kwietniu.

IMG_3422.jpg
Tak sympatycznie i radośnie wyglądałam drugiego dnia, gdy dreszcze i gorączka powaliły mnie na łóżko 

Wiecie czym jest dla mnie angina? Znakiem. Znakiem, którego nie można zignorować. Jak nie chciałam po dobroci, to teraz muszę z przymusu. Znakiem, że trochę się zagalopowałam i przesadziłam. Z obowiązkami. Z pracą. Z brakiem szacunku dla czasu własnego i odpoczynku. Mimo, że myślałam, że w tym roku się naodpoczywałam. A jednak się myliłam i moje ciało pokazało mi to dość dosadnie. Angina to taki postawiony centralnie przed moją twarzą znak z hasłem STÓJ! ODPOCZNIJ DO CHOLERY!

Zrobiłam rachunek sumienia. Tabelę zysków i strat. Listę priorytetów. Ustaliłam co trzeba zmienić. Pomysł jest, czas na realizację.

Wiecie co jest najgorsze? Zatracić równowagę. Zbyt wiele pracować a zbyt mało odpoczywać. Ktoś mógłby pomyśleć (a w gruncie rzeczy całkiem sporo osób tak robi), że moja praca jest taka fajna, miła i przyjemna, że nie można się nią zmęczyć. A tym bardziej wykończyć. Nic bardziej mylnego. Zbyt szybko żyć, gdzie priorytetem jest praca. Przyznaję się do wyżej wymienionych błędów. I obiecuję poprawę. A tak naprawdę ktoś mógłby mnie podłączyć do jakiś elektrod i prądem wyperswadować mi te wszystkie głupie myślenia, że jeśli pracować nie będę to świat się załamie.

Spirala, krzyżowanie i stabilizacja

 

Harmonijny tour dobiegł końca. Po miesiącu podróżowania po Polsce (a tu warto nadmienić, że w czasie 4 weekendów, wraz z Kamilą, byłyśmy w 7 miastach, ćwiczyłyśmy ze 124 osobami, przejechałyśmy ponad 2500km!), wreszcie mam weekend dla siebie. Wstałam więc po 8 (a jeszcze tydzień temu, by przemieścić się z Poznania do Gdańska, pobudkę miałam o 5:30!!!), cały dzień chodzę w dresie (nic nowego co prawda), siedzę na kanapie w salonie i popijam herbatę z domowej roboty maliniakiem. I stwierdziłam, że w końcu nadszedł czas, by coś napisać.

Pokazową lekcją jaką prowadziłam w czasie warsztatowego tour Harmonii Ruchu była, oprócz trójwymiarowej mobilizacji dla pleców płaskich, spiralna stabilizacja z taśmami. Poczytałam, pooglądałam, uruchomiłam głowę i wymyśliłam zestaw ćwiczeń, którego celem było (i jest oczywiście) wzmocnienie i ustabilizowanie rejonu
lędźwiowo-miedniczego.

W spiralnej stabilizacji opracowanej przez dr. Smiska (SSM lub SM) pracuje się na tubbingach (ekspanderach) przyczepionych do ściany/drabinki oraz z kijkami i matami balansującymi. Ponieważ rzadko kiedy takie przybory są dostępne na salach klubów fitness lub pilates, przekształciłam ćwiczenia tak, by wykorzystać ciało i 2 metrowe lekkie w oporze elastyczne taśmy. Dlaczego tak? Długość miała zapewnić możliwość zaczepienia taśmy na obu stopach i w obu dłoniach, tworząc zamknięty łańcuch kinematyczny dla każdego wykonywanego ruchu. Niewielki opór był w celu zamknięcia pracy i stworzenia bezpiecznego ruchu, niż walczenia z oporem, przez co osoba ćwicząca traciłaby na jakości ruchu i pozycji. Zdecydowana większość ćwiczeń odbywała się w pozycjach wysokich, stojących (pozycja wypadu lub stania obunóż). Efekt wyszedł naprawdę oszałamiający!

Ale zacznijmy od początku – czym jest spiralna stabilizacja?

Spiralna Stabilizacja Mięśniowa to metoda pracy z ciałem, w czasie której dochodzi do aktywowania spiralnych łańcuchów mięśniowych. Ich niezwykle ważnym zadaniem jest poprawa i kontrola poprawnej postawy ciała. Jej autorem jest dr Smisek, który za główną bazę szkoleniową wybrał sobie czeską Pragę.

W czasie normalnej, codziennej aktywności pracuje przede wszystkim stabilizacja pionowa. Doprowadza ona do kompresji krążków poprzez zmniejszanie przestrzeni międzykręgowych. Tu natomiast praca na spiralnych połączeniach ma spowodować zwiększenie przestrzeni między kręgami, stabilizację i wydłużenie kręgosłupa.

Istnieją dwa ważne skrzyżowania. Przednie to połączenie mięśnia zębatego przedniego, skośnego zewnętrznego, skośnego wewnętrznego, mięśni dna miednicy i przywodzicieli po stronie przeciwnej do zębatego przedniego. Tylne skrzyżowanie to połączenie mięśnia naramiennego, czworobocznego części wstępującej, najszerszego grzbietu, powięzi piersiowo-lędźwiowej i pośladkowego po stronie przeciwnej. Gdyby spojrzeć na nie narysowane na ciele faktycznie można zauważyć, że biegną one po skosie przez centralną część ciała i krzyżują się gdzieś na wysokości pępka. To właśnie na ich napięciach oparłam swoje lekcje.

Zgodnie z pilatesowymi zasadami niezwykle ważna jest także prawidłowa postawa ciała w pozycji wyjściowej, jak i w trakcie wykonywania ćwiczenia. Ponieważ zdecydowana większość ćwiczeń ma miejsce w pozycjach stojących, o wiele trudniej jest zapanować nad utrzymaniem dobrej postawy. Ważna jest aktywacja centrum ciała, równoległe ustawienie klatki piersiowej i miednicy względem siebie oraz elongacja.

Jaki efekt chciałam osiągnąć?

  • Przede wszystkim chciałam wskazać, które mięśnie i ruchy są dla nas ważne w celu osiągnięcia zabezpieczenia kompleksu lędźwiowo-miedniczno-biodrowego.
  • Pokazać, że praca na synergizmach mięśniowych i płynnych przejściach mięśni w mięśnie można osiągnąć o wiele lepszą pracę niż w izolacji
  • Pokazać jak można wpleść nutę fizjoterapeutyczną w zwykły trening zdrowych pleców bez szkody dla osoby ćwiczącej
  • Przekonać do cudowności taśm (w końcu wszyscy, łącznie z klientami, traktujemy je jako zło konieczne)
  • Pokazać jak łatwo jest popracować nad stabilizacją kręgosłupa jak tylko pozna się pewne zasady
  • Jak ciekawie choreograficznie i wizualnie można poprowadzić lekcję, której celem jest terapia kręgosłupa

A oto kilka zdjęć z warsztatów pokazujących moje pomysły i własne aranżacje ćwiczeń na spiralną stabilizację z elastyczną, dwumetrową taśmą o pięknym pomarańczowym kolorze (a pamiętajmy, Orange is the new black!)

IMG_2190IMG_2290IMG_2415IMG_2441IMG_2502IMG_2517IMG_2527IMG_2531IMG_2532

 

 

Ćwiczeniowa rutyna

Zawsze podziwiałam tych, którzy potrafią mieć swoją rutynę. Budowanie nawyku jest bardzo trudną sprawą. Faza przekonywania się czy to jest dla mnie dobre, faza wdrażania, pierwsze dni, tygodnie, miesiące, pierwsze zapomnienia, poczucie winy, powroty i końce. Końce, które nie są moim definitywnym postanowieniem, że to już jest koniec, a końce, które wynikają ze zbyt długiego okresu zapomniałam, ojej znów zapomniałam, a na końcu ojej i znów zapomniałam, ale nie chce mi się tego zmieniać. Chyba jedyną rutyną, którą udało mi się na dobre utrzymać jest poranne płukanie ust olejem kokosowym. Robię to już 4 lata jak nic, z automatu jak tylko wstanę i pójdę do łazienki. I koreańska, 10-cio stopniowa pielęgnacja. Minęły dwa lata. Po prostu dobrze się z tym czuję. Jednak porażek jakie zaliczyłam była cała masa. Picie oleju z czarnuszki. Picie szklanki ciepłej, przegotowanej wody rano. Picie 1,5 litra wody dziennie. Domowe przygotowywanie posiłków. Bieganie. Spacery. Skakanka. HIIT. Pole dance. Miałam całą masę rzeczy, które ambitnie zaczynałam i z hukiem kończyłam. Z reguły mi się po prostu nie chciało ciągnąć ich dalej. Wychodzę z założenia, że jeżeli do czegoś się zmuszam, nie jest to dla mnie dobre. Choć może właśnie się mylę, może to zmuszanie na początku, jest czymś, co pozwoliłoby mi stworzyć nawyk? Ktoś kiedyś mądrze powiedział „Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć. Nawyk jest tym, co pozwala Ci wytrwać.”

Nauczyciel bez praktyki, jest jak walizka bez rączki. Nie trzyma się to kupy. Jak prowadziłam zajęcia grupowe miałam swoją praktykę. Ale nie miałam wtedy rodziny, domu, psa i tylu obowiązków. Pomyślicie, że tłumaczę się z tego. Też tak czasami mi się wydaje 😉 Po urodzeniu Kornela raz w tygodniu przychodziłam do pracy poćwiczyć sama ze sobą. Ale szybko zabrakło mi i na to czasu. A może najzwyczajniej w świecie byłam zmęczona i już mi się nie chciało? Podejściem numer dwa było wchodzenie do dziewczyn na zajęcia. Odpada, bo gdy one prowadzą zajęcia, ja mam swoich klientów. A jak nie mam to są dwie opcje 1) mam tak dużo rzeczy do zrobienia w pracy, że ani się spostrzegę, a już czas mija i 2) chcę jak najszybciej wrócić do domu do Kornela. Potem wpadł genialny pomysł na treningi z jakąś z moich instruktorek. Okazuje się jednak, że zgrać się czasowo jest rzeczą praktycznie nie możliwą! Jeszcze bardziej genialnym założeniem było jeżdżenie na treningi do Joanny (ówcześnie mieszkającej w Warszawie) – udało się to dwa razy – raz ja u niej, raz ona  mnie 😛 Jednak regularne pokonywanie dystansu na ponad 100 km stało się genialną wymówką by jednak tego nie robić. Z czasem zauważyłam, że godzinny trening całkowicie nie wpasowuje się w moje życie. 60 minut to tak strasznie dużo czasu! Od czerwca (więc już dwa miesiące) staram się ćwiczyć dla siebie 20 min. Tak 5 razy w tygodniu. Bo co to jest 20 min? W końcu to 5 razy mniej niż pełna godzina. Tyle czasu można w WC spędzić lub nad telefonem. Czemu zatem nie poświęcić tego czasu na zrobienie czegoś dobrego dla swojego ciała? Pomysł ten zrodził się po warsztatach w Lublinie u Jacqueline Martin. Powiedziała ona wtedy, że jej potrzeby są priorytetem w życiu. Nie wyobraża sobie dnia bez praktyki własnej. Jest w stanie wręcz odwołać klienta na rzecz swojego treningu. I coś w tym jest. Co prawda nie dojrzałam jeszcze do ważności swoich potrzeb nad potrzebami moich klientów, ale jestem na coraz lepszej drodze ku temu! Prawda jest jednak taka – jak mamy prawidłowo prowadzić klienta jeśli nie wiemy, nie znamy, nie czujemy danego ruchu, ćwiczenia na własnym ciele? Jeśli nie mamy własnych odczuć i porównań? Jest to całkowicie niemożliwe, bo to trochę tak jakby ktoś tłumaczył nam magiczną sztuczkę nigdy wcześniej jej nie robiąc. A ciało to taka właśnie magia…

Chcę Wam pokazać moją 20 minutową sesję ćwiczeniową 🙂 Być może staną się one inspiracją dla innych osób 😀 Wykonuję różne ćwiczenia, ale mam kilka głównych założeń. Po wypadku samochodowym sprzed ponad 10 lat mam niestabilną miednicę i nierównowagę w napięciu mięśni wokół niej. Mam również tendencję do przodopochylania miednicy i unoszenia/otwierania klatki piersiowej. Ćwiczę więc nad:

  1. wzmocnieniem pośladków
  2. zwiększeniem ruchomości odcinka lędźwiowego
  3. wzmocnieniem brzucha (dla prawidłowego ustawienia miednicy i klatki piersiowej)
  4. stabilizacją łopatek
  5. wyrównaniem napięcia poprzecznego i skośnych brzucha (prawa strona jest znacznie silniejsza niż lewa)

Część pierwsza – reformer

Bardzo lubię pracę na sprzęcie. Mam czasem wrażenie, że tak bardzo się do niego już przyzwyczaiłam, że nie wyobrażam sobie pracy na macie. W każdym razie, trening zaczynam od reformera.

  1. footwork – lekkie sprężyny, 3 ustawienia stóp (V position, monkey toes, on heels) – koncentruję się przede wszystkim na angażowaniu do pracy pośladków i trzymaniu neutralnego kręgosłupa i miednicy. Czasem zmieniam ustawienie do tylko 1 najlżejszej sprężyny, by jeszcze bardziej skoncentrować się na stabilizacji lędźwiowo-miedniczej i pracy centrum ciała.
  2. hip rolls – na piętach. Ważna jest dla mnie płynna praca, uruchomienie odcinka lędźwiowego, jak najmniej bujania przy powrocie i wydłużanie. Również mam tendencję do nie prostowania bioder do końca, więc na tym też się mocno skupiam.
  3. midback series – triceps, low traps, V, angels. Dla prawidłowego ustawienia klatki piersiowej, odcinka lędźwiowego i miednicy. Oraz oczywiście wzmocnienia mięśni ramion i grzbietu.
  4. elephant – round back. Także w wersji na jednej nodze. Najtrudniejsze jest utrzymanie ustawienia odcinka piersiowego i klatki piersiowej. Nagminnie chcę puszczać żebra!
  5. long stretch – uwielbiam to ćwiczenie! W ogóle uwielbiam planki! Wydłużenie, utrzymanie stabilnych łopatek i obręczy barkowej, praca ramion i brzucha – to jest to co jest dla mnie tu najważniejsze. Czasami bawię się w przenoszenie ciężaru ciała na boki, odrywanie jednej ręki lub pompki.
  6. hip flexor stretch standing – bardziej wymagające od klasycznej wersji. Po pierwsze o wiele bardziej zaznaczona jest tu praca pośladka przy maksymalnie ustabilizowanej miednicy, co jest niezłym wyzwaniem! Do tego wydłużenie kręgosłupa, napięcie całej nogi stojącej i brzucha. Wykonuję je również w rotacji zewnętrznej nogi na podjeździe, by jeszcze bardziej poczuć pracę pośladka.
  7. reverse knee stretch – szczerze nie znoszę, naprawdę! Tak trudno jest mi wykonać pracę od zawinięcia miednicy, przez odcinek lędźwiowy, do odcinka piersiowego! I to jeszcze przy ustabilizowanych łopatkach!

 

Część druga – spine corrector

Uwielbiam robić na nim brzuszki i wyprost bioder w leżeniu na brzuchu! W jego krzywizny idealnie wpasowują się moje plecy.

  1. curl ups – na początku wykonywany przeze mnie zakres ruchu był dość mały. Bardzo odczuwałam pracę brzucha. Obecnie zakres jest już naprawdę spory!
  2. single leg extension – tylko w wersji z nogą ugiętą by mocniej poczuć pośladek. Często również z rotacją zewnętrzną w biodrze. W tym ćwiczeniu dopiero czuję jak bardzo niestabilną potrafię mieć miednicę i jak bardzo muszę skupić się na tym, by pozostała nieruchoma przy wyproście biodra.
  3. heel squeeze prone – ćwiczenie z maty przeniesione na spine corrector. Cudownie odczuwalna praca pośladków ❤
  4. side bend – jakoś nie koniecznie pasuje mi ten na Cadillacu, więc robię go na spine correctorze. Pewno ze względu na pełen zakres ruchu jaki mogę tu uzyskać.

Część trzecia – krzesło

No! Moje ulubione krzesło ❤

  1. elephant – jak przy reformerze, tylko że trudniej, gdyż tu o wiele bardziej pracuje brzuch, a ciężar oparty na ramionach wymuszą porządną stabilizację barków. Wymagające ale bardzo efektywne ćwiczenie.
  2. forward step up – doskonale pokazuje, którą stronę mam słabszą, bo na niej właśnie bardziej się chwieję i tracę równowagę. Ale jestem w stanie robić teraz więcej powtórzeń, bez trzymania się rączek i narzekania na ból uda 😉
  3. footwork – tylko na piętach. Bez rączek. Żeby nie ułatwiać sobie kontroli nad ustawieniem klatki piersiowej i miednicy.

Część czwarta i ostatnia – Cadillac

  1. push thru on back – by lepiej pracować mięśniami brzucha przy stabilizacji klatki piersiowej w czasie przenoszenia rąk za siebie. Jest mi z tym ciężko, gdyż najchętniej wygięłabym plecy w wielki łuk i nie trzymała żadnego napięcia 😉
  2. push thru on back z hip rolls – ćwiczenie od Joanny. Najgorsze z najgorszych, ponieważ łączy i stabilizację klatki piersiowej, łopatek i ustawienia żeber z ruchomością odcinka lędźwiowego! Ugh!
  3. lat pull – czyli najpiękniejsza stabilizacja łopatki ever 😀
  4. lat pull z round back – brzuch, mobilizacja lędźwiowego i łopatki -> oczywiście, że łatwiej mi to zrobić górą, o wiele trudniej, tak jak być powinni, czyli dołem. Ale ciężka praca się popłaca, tak mawiają.
  5. trakcja – jedno z bardziej lubianych ćwiczeń moich klientów z bólami dolnych pleców. Wykonując nieznaczny ruch w dół i w górę, poddając się pracy sprężyn, to prawdziwa przyjemność dla kręgosłupa.

Harmonia Ruchu – moje nowe dziecko

Znacie mnie, a już na pewno, po jakimś czasie prowadzenia bloga, co nieco o mnie wiecie. Muszę się przyznać – jestem typowym strzelcem. Ambitnym, mierzącym wysoko, szukającym wyzwań. Rok bez nowych działań i pomysłów uważam za rok stracony. Nie pamiętam roku, w którymś czegoś nie wymyśliłam.

Spójrzmy na opis znaku (ze strony http://www.astrolabium.pl/astrologia/zodiak/znaki-zodiaku/259-strzelec):
Idę naprzód i przekraczam granice. Moje motto to optymizm, entuzjazm, przygoda, szczerość. Strzelce kochają wolność i nie znoszą rutyny. Wydają się być ciągle w ruchu, w poszukiwaniu nowych doświadczeń, okazji do zdobycia wiedzy i poszerzenia horyzontów. Mają szczere i bezpośrednie podejście do życia i ludzi. Ich optymizm i niefrasobliwość sprawiają, że są miłym towarzystwem. Lubią filozofować i mędrkować. Mają poczucie sprawiedliwości, prawdy i moralności. Strzelce są zdolne do autoinspiracji i automotywacji. Są bardzo otwarte na świat i liberalne, a ich plany i cele są dalekosiężne. Zarażają wszystkich swoim entuzjazmem.” Cała prawda, czyż nie? A jeszcze boldem zaznaczyłam to, co w danym przypadku jest mocno uwidocznione 😉

Jakie wyzwanie podjęłam na ten rok? Stworzenie szkoły… Taki tam, pikuś… Choć wcale nie miałam tego w planach 😛

Kamilę, współtwórczynię projektu, poznałam na pierwszym szkoleniu pilates ponad 12 lat temu. Potem zaczęłyśmy razem pracować w jednym z łódzkich klubów fitness. Tak się życie poukładało, że po jakimś czasie ona odeszła z tego klubu, następnie nadszedł czas i na mnie, w końcu Movimento mnie wzywało. Po dłuższej chwili Kamila zaczęła znów ze mną pracować. I tak od ponad 7 lat pracujemy razem w Movimento Pilates Studio. Kamila od wielu lat była szkoleniowcem dla jednej z największych szkół fitness w Polsce. Stało się jak się stało, szkoła się rozpadła, zostawiając po sobie tylko jedną gałąź. I wtedy też Kamila mnie zapytała czy nie chciałabym z nią rozpocząć nowego projektu. Pomyślałam chwilę i stwierdziłam ‚czemu nie?’. Usiadłyśmy w knajpie, pogadałyśmy o naszych oczekiwaniach, stworzyłyśmy drzewo początków rozwoju, spisałyśmy najważniejsze plany i pomysły. I tak właśnie zaczęła się ta oto przygoda, tak właśnie narodziła się ona, HARMONIA RUCHU*.

HARMONIA_RUCHU_znak_RGB_Obszar roboczy 1

Wiecie czego na rynku Polskim brakowało? Szkoły, która nie pędzi za najnowszymi trendami fitness z targów FIBO, a szkoły uczącej świadomego ruchu. I takie jest nasze założenie. Chcemy zwrócić szczególną uwagę na połączenie ciała i umysłu, na, no cóż, jak sama nazwa wskazuję, harmonię ruchu 😉

Obie jesteśmy pracoholiczki i pasjonatki. Fit freaki. W pozytywnych znaczeniach tych wszystkich słów. Uwielbiamy uczyć się oraz uczyć innych. Zarażać ich swoją wiedzą i miłością do ruchu. Pokazywać inną stronę aktywności fizycznej – pracę na powięziach, stretching, pilates czy ruch jako terapię.

harmonia-40.JPG

Moja istniejąca od ponad roku Akademia Pilates będzie teraz działała pod szyldem HR. Ale wciąż będę zajmowała się tym samym, nauczaniem Was czym jest głęboka stabilizacja, jak ważny jest oddech, prawidłowa praca łopatek czy praca na chorym kręgosłupie. Nic się nie zmieni. Choć może nie, zmieni się. Teraz wszystko będzie jeszcze lepsze. Bo co dwie głowy to nie jedna! Razem mamy non stop burzę mózgów!

Mam jeszcze wiele pomysłów na warsztaty – odcinek szyjny i piersiowy, biodro i miednica, kolano i stopa. Co Wy na to? Jesteście zainteresowani?

Trzymajcie za nas kciuki! Już pod koniec sierpnia ruszamy z pierwszymi eventami, robimy wspólną wycieczkę po różnych punktach na mapie Polski, by zaprezentować się Wam z jak najlepszej strony. A od września już normalnie szkolimy. Bądźcie na bieżąco!

harmonia-95

  • nawet nie wiecie ile czasu i nerwów zajęło mi wymyślanie nazwy. Jechałam autem pod Warszawę, deszcz lał, było brzydko, sennie, szaro i ponuro. Przez całą drogę myślałam jak w prosty i łatwy sposób można nazwać taką firmę. Do głowy przychodziła mi masa głupich pomysłów, a Janek już miał mnie szczerze dość. I nagle mnie olśniło! HR! Taki łatwy i prosty skrót, który wszyscy znają, tylko od innej strony. Jak rozwinąć sensownie skrót HR? Harmonia Ruchu! Juhu krzyknąłby Kornel! Kamila zaakceptowała, mamy to, mamy sukces! Gol!

Czy pilates zamyka w schematach?

Kiedyś, dobrych kilka lat temu, usłyszałam zarzut, że nauczyciele pilates uwielbiają zamykać w schematach. Ograniczają tym samym ruchy ciała, jego funkcjonalność i działanie w warunkach życia codziennego. Czy faktycznie tak jest?

IMG_0817

Na ostatnim prowadzonym przeze mnie warsztacie poruszyłam ten temat z koleżanką. Opowiedziała mi ona historię, gdzie na jednej z konferencji pilatesowych, specjalista od powięzi poprosił aby uczestnicy wykonali w staniu skręt tułowia wraz z wyciągnięciem ręki w bok. Wszyscy zrobili to poprawnie, dość sztywno, zwracając uwagę na wydłużenie, rotację w kręgosłupie, z idealnie wyciągniętą ręką. Potem poprosił ich by wykonali ten sam ruch, ale lekko, bez tego ‚usztywnienia’. Po czym zapytał grupę czemu tak bardzo ogranicza swoje ciało?

No właśnie, i jak to jest? Ograniczać czy nie ograniczać?

Nie rozumiem zbytnio tej sprzeczności teorii. Uczono mnie, że podstawowy poziom pilates ma za zadanie uruchomić całe ciało, ale w dość ostrożny sposób. Ma w końcu polegać na nauce prawidłowych ruchów, zmiany schematów, uruchomienia uśpionych mięśni itd. Dopiero poziom średniozaawansowany, a już w ogóle zaawansowany, jest ruchem wielopłaszczyznowym i wielowymiarowym. I faktycznie, patrząc na zaawansowane ćwiczenia na reformerze czy cadillacu, nie można im odmówić wielopłaszczyznowości czy skomplikowania. Ale zanim dojdzie się do tego poziomu, by nie zrobić sobie krzywdy, warto jednak skrupulatnie przejść przez poziom podstawowy, a następnie średniozaawansowany, ucząc się krąk po kroku, jak pracuje i funkcjonuje ciało w przestrzeni. Nikomu przecież nie chodzi o to by chodzić jak robot, ale by używać ciała zgodnie z jego przeznaczeniem, z najmniejszym wydatkiem energetycznym, o jak największej funkcjonalności i ergonomii. Zatem najlepszą odpowiedzią do problemu jest standardowa odpowiedź dobrego nauczyciela: „to zależy”. Bo faktycznie to zależy. Od danego klienta, jego stanu zdrowia, kondycji fizycznej, psychicznej i etapu rozwoju ćwiczeniowego.

Zdecydowaną większość moich klientów stanowią, tak naprawdę, moi pacjenci. Trafiają do mnie przede wszystkim osoby, które mają problemy z plecami. Dyskopatie, przepukliny, sekwestracje dysków, zwyrodnienia, stany zapalne, usztywnienia, stany po operacjach, rwy, skoliozy i tym podobne. W ich przypadkach, szczególnie jeśli mowa o problemach, w których rdzeń kręgowy może być narażony na naruszenie, nie wyobrażam sobie działać inaczej niż właśnie zamykać w schematach.Do pewnego momentu oczywiście.

Czym dla mnie jest schemat? Takim troszkę zamknięciem w klatce. Ograniczeniem się do miejsca problemowego. Zabezpieczeniem go. Wzmocnieniem i ustabilizowaniem, zarówno statycznym, jak i dynamicznym. Uelastycznieniem. Jak opisują to zasady pracy przy dolegliwościach bólowych dolnego kręgosłupa. Przecież nie wsadzę początkującego klienta z kręgozmykiem w walkover na cadillacu!  I dopiero, gdy widzę lub słyszę, że jest lepiej, mamy postęp, pozwalam sobie iść dalej, w ruchy bardziej skomplikowane. W ruchy bardziej oddalone od miejsca problematycznego. Wykorzystujące większą ilość płaszczyzn ruchu. Wymagające większej uwagi i świadomości. Zatem wypuszczam go z tej bezpiecznej klatki w momencie kiedy wiem, że potrafi latać i nie zrobi sobie krzywdy.

Osobiście uważam, że pilates nie zamyka w schematach. Wszystko zależy od tego co nauczyciel miał na myśli planując i programując dane ćwiczenie. Ale nikt nie zatańczy od razu tanga w pełnym wykonaniu. I nie zagra jak Chopin pierwszy raz widząc pianino na oczy (chyba, że jest geniuszem posiadającym taki dar). Zatem odczepmy się od schematyczności ćwiczeń pilates i zobaczmy co jest dalej, w momencie, gdy klient potrafi zrozumieć gdzie noga, gdzie ręka, a gdzie głowa 😉

Nauczycielka pilates Elizabeth Larkam, we współpracy z Tomem Myersem (guru teorii powięziowej), napisała książkę „Fascia in motion”. Prezentuje w niej ćwiczenia zarówno na macie, jak i na pilatesowym sprzęcie, pokazując, jak w podstawowe ruchu i wszystkim znane koncepcje, można wpleść teorię istnienia i pracy na powięziach. Książka jest nie tylko zbiorem zdjęć z pozycjami ćwiczeniowymi, ale zawiera także masę informacji o tym czym jest powięź, jakie jej rodzaje można wyróżnić i jak na niej pracować. Pozycja must have dla każdego, kto chce rozwinąć swój warsztat.

Na dowód nie-schematyczności zdjęcia z zajęć z reformerem w koncepcji powięziowej, wielopłaszczyznowej.

 

Im więcej mam, tym więcej chcę

Jest sobota. I w gruncie rzeczy za wcześnie by myśleć. Obudziłam się najpierw o 4, gdy pies przyszedł się do mnie przytulić, a następnie dziecko wskoczyło mi niezgrabnie pod kołdrę. Potem złapał mnie męczący kaszel, synek zaczął wciskać syrenkę od ambulansu, który wciągnął ze sobą do łóżka, a pies zażądał wypuszczenia na spacer. Nagle zrobiła się 6 rano i zwlekłam się z łóżka. W oczy wkładam zapałki, by podtrzymać powieki. Jest zdecydowanie za późno by spać już i za wcześnie by ogarniać rzeczywistość.

Ostatnio przeżywam jakiś przesyt. W salonie stoi regał, a na jednej z jego najwyższych półek, są ustawione książki w kolejce do czytania. Jest ich 30. 1 o neurochirurgii, jedna o plastyczności mózgu, 2 o psychologii, 3 o żywieniu i jelitach, 1 o polskich szpiegach, 1 sama nie wiem o czym, 2 anglojęzyczne wydania Harrego Pottera, 2 o zwierzętach, 1 nauka perswazji, 1 o hygge, a reszta to fizjoterapia i pilates. Jak przychodzą wolne dni bądź zdarzy się, że mam więcej wolnego czasu, staję przed moją półką i myślę. Biorę jedną książkę i zaraz ją odkładam. Innej otworzę okładkę, czytam wstęp i odkładam. Na inne po prostu patrzę. Mam przesyt wiedzowy. Czuję się trochę tak jak w końcowej fazie nauki do egzaminu. Przestaję czytać, przestaję się uczyć, bo wiem, że jest to bez sensu, gdyż nic nie wchodzi mi już do głowy. Po stokroć czytane te same zdania. Po stokroć próby zrozumienia tych po stokroć przeczytanych tych samych zdań. Mój mózg się zamknął i powiedział mi, że ma dość. Tak to zinterpretowałam w każdym razie. Najchętniej przeczytałabym jakiś infantylny romans albo cokolwiek co nie zmusiłoby mnie do myślenia. Moja głowa odmówiła mi posłuszeństwa i delikatnie mówiąc dała mi do zrozumienia bym się od niej odwaliła. Pora przerzucić się na odmóżdżające seriale pokroju Beverly Hills 90210.

Pomyślicie sobie pewnie, że jaki problem w tym wszystkim widzę, czas włączyć serial i przez 10 godzin gapić się na ekran na romansujące nastolatki. Ano jednak jest problem. Ponieważ gdybym tak postąpiła, pod koniec dnia ogarnęłoby mnie to okropne przeświadczenie, że straciłam cały dzień robiąc dosłowne nic. Bardzo trudno jest nauczyć się odpoczywać. Nauczyć się nie myśleć o życiu zawodowym. Nauczyć się opierdzielać po całości, a wręcz leżeć/siedzieć/stać i patrzeć w nicość, w drzewo, w zieleń, w niebo myśląc o pustce. A taki reset uważam za niezbędny i cholernie trudny do osiągnięcia.

Ale nie o tym miało być.

Jest coś w tym, że im więcej masz, tym więcej chcesz. Im więcej masz kasy, tym więcej chcesz jej mieć. Im więcej masz ciuchów, tym więcej ich kupujesz. Im więcej masz par butów, tym więcej par mierzysz w sklepach. Tylko z wiedzą jest trochę inaczej. Im więcej wiesz, tym więcej chcesz wiedzieć. A dlaczego?  Ponieważ zdajesz sobie sprawę, że z jednej strony wciąż wiesz za mało, wciąż czegoś nie wiesz, wciąż czegoś Ci brakuje i próbujesz to uzupełnić. A z drugiej strony otwiera się klapka w mózgu i oświeca Cię, że jest jeszcze tyle niesamowitej wiedzy, którą możesz zdobyć i informacji, które możesz przeczytać. Z wiedzą jest trochę jak z narkotykiem. Szybko mózg adaptuje się to jej ilości, pragnąc więcej i więcej. Ciekawe czy jest jakiś moment krańcowy. Przećpanie wiedzą? Ciekawa diagnoza.

Zrobisz jedno szkolenie. Jeśli tylko Ci się spodoba, zaczynasz szukać następnego. I jeszcze następnego. I jeszcze. I jeszcze. Gwarantuję Ci, że gdyby pieniądze rosły na drzewach, osoby uzależnione od wiedzy, wydawały by je na szkolenia i książki.

Robi się z tego takie błędne koło, w którym trzeba uważać, by nie przesadzić. Bo przecież nie samymi szkoleniami człowiek żyje. Trzeba mieć czas by przetrawić to czego się doświadczyło w trakcie szkolenia. Na spokojnie to przemyśleć. Wprowadzić w życie. Zobaczyć jak to funkcjonuje. I za jakiś czas ponowie wrócić do notatek. Bo w międzyczasie połowa wiedzy zdążyła się już ulotnić. Między jednym a drugim szkoleniem trzeba przeczytać bzdurną książkę lub pojechać na urlop by mózg się zregenerował i za chwilę pracował na lepszym obrotach odżywiony czystym powietrzem i nicością wiedzową.

Stałam się strasznie łapczywa na wiedzę. Mam wrażenie, że punktem zapalnym był okres między wrześniem a grudniem zeszłego roku, gdy zaczęłam uczyć się do egzaminu STOTTa. Jak byłam na studiach i uczyłam się praktycznie non stop, nie odczuwałam żadnej różnicy. Jak się obroniłam i odeszłam od tak intensywnego procesu wciskania w siebie wiedzy, moje potrzeby na nią się zmniejszyły. Jeździłam na szkolenia, raz, dwa razy w roku. Te 3 miesiące z hakiem utworzyły w moim mózgu gigantyczną sieć połączeń synaptycznych, które teraz domagają się dokarmiania! Stworzyłam w swojej głowie rządnego informacji potwora. Serio. Nie przypominam sobie kiedy ostatnim razem przeczytałam tyle książek. Od początku tego roku wyszło ich już 18.