Medyczny trening Pilates

Ostatnio przyjechała do mnie na trening instruktorka Pilates z Warszawy. Po wszystkim chwilę sobie porozmawiałyśmy i powiedziała mi, że tak naprawdę, to co z nią robiłam, to był bardziej trening medyczny. A wszystko tyczyło się pracy do powięziach i próby zmiany ustawienia kręgosłupa.

Tak naprawdę nigdy bym na to nie wpadła, że mój trening może być porównywany z treningiem medycznym. Aczkolwiek faktycznie, coś w tym jest. Każdą wizytę z nowym klientem zaczynam od rozmowy i ustalenia celów. Często proszę by przynieśli ze sobą dokumentację medyczną np. zdjęcie rtg, wyniki usg bądź rezonansu*. Potem bardzo dokładnie oceniam jego postawę ciała*. Patrzę na ustawienie barków, szyi, trójkątów talii, obojczyków, miednicy, kolców biodrowych, kolan, piszczeli, ud, kręgosłupa, łopatek, stóp z każdej możliwej strony. Oczywiście, uczyli mnie tego na studiach na zajęciach z kinezyterapii. Ale również bardzo dokładnie tłumaczyli mi to na intensywnym szkoleniu z maty i reformera. Zresztą jest to obowiązkowy punkt egzaminu w STOTT PILATES. Po ocenie postawy dobieram ćwiczenia tak, by wpłynąć na to co według mnie nie jest neutralne czy prawidłowe*. Często pracuję na krzywiznami kręgosłupa, prawidłowym ustawieniem łopatek, zwiększeniem ruchomości kręgosłupa, prawidłowym ustawieniem miednicy czy stóp*. Wykorzystuję wiedzę ze studiów, pojęcie o anatomii, teorie powięziowe, antagonistyczną pracę mięśni itd. W życiu bym nie pomyślała, że to jest trening medyczny!

Po tej całej rozmowie zrobiłam sobie przegląd moich klientów. I faktycznie, 75% z nich to osoby, które zgłosiły się do mnie z jakimś konkretnym problemem zdrowotnym. U większości z nich analizowałam opisy MRI. I w ten oto sposób pracowałam już z osobami z rwą kulszową, dyskopatiami, kręgozmykami, zaawansowanymi skoliozami, rotacjami kręgosłupa, wadami postawy. Miałam osoby po ciężkich operacjach czy po złamaniu kręgosłupa. Pracowałam z osobą ze złamaną ręką czy chorobą nowotworową. Brzmi medycznie, nieprawdaż?

Zatem…

Czym jest medyczny trening Pilates?

Na chłopski rozum jest to trening, w trakcie którego, wykorzystując wiedzę jak funkcjonuje ludzkie ciało, próbujemy je zmienić. I nie chodzi tu o wzmocnienie mięśni czy o spalenie nadmiaru tkanki tłuszczowej. Chodzi tu o zmianę ustawienia kręgosłupa, miednicy, poprawę ustawienia łopatek, zmniejszenie dolegliwości bólowych pleców itd.

Czy instruktor Pilates powinien ingerować w zmianę ustawienia ciała?

Wszystko zależy kim jest, jaką ma wiedzę i umiejętności. Uważam, że instruktor, który się tego podejmuje musi mieć bardzo dobre pojęcie o anatomii i biomechanice ciała. Musi wiedzieć jaki mięsień gdzie się znajduje i jaki efekt da jego poruszenie. Musi mieć wiedzę, że poruszenie jednego elementu ciała da konkretny ruch i korzyść. Musi tak umieć zaprogramować trening by nie zrobić krzywdy klientowi. A może już pacjentowi?

Myślę, że za taki trening nie powinny brać się osoby, które są po zwykłym weekendowym szkoleniu Pilates. Które na co dzień zajmują się księgowością, a po godzinach dorabiają jako instruktor. Ingerencja w ustawienie ciała to już nie byle co, trzeba wykazać się odpowiednią wiedzą i umiejętnościami!

 

Pilatesowe szczęście

Powszechnie wiadomo, że każda form aktywności fizycznej powoduje wydzielanie endorfin, czyli hormonów szczęści. Rezultat? Sport nas uszczęśliwia.
Każdego uszczęśliwia jednak inna forma. Mnie zdecydowanie pilates. A próbowałam już wielu form. Ekscytowałam się tańce, fitnessem z układami choreograficznymi, fitnessem wzmacniającym, bieganiem, tańcem na rurze, siłownią, interwałami, rolkami, rowerem, kiedyś nawet jogą. Ale z tego wszystkiego zostałam wierna jednemu – pilatesowi.
Gdybyś zapytał mnie dlaczego, odpowiedzi byłoby wiele:
1. nie wychodzę z zajęć zlana potem, czerwona, śmierdząca, z tętnem na poziomie przedzawałowym, ale czuję, że wykonałam kawał naprawdę niezłej pracy i moje ciało jest mi wdzięczne
2. od 8 lat nie poczułam bólu w kręgosłupie lędźwiowym!
3. widzę niesamowite postępy. Jeszcze 6 lat temu za Chiny nie byłam w stanie zrobić teaser’a, a teraz to praktycznie pikuś
4. pokochałam podpory w każdej postaci, moje łopatki i moje centrum ciała dziękują mi za to niesłychanie
5. mogłam ćwiczyć całą ciążę, pilates utrzymał mnie w formie, poród był ultraszybki, po porodzie od razu byłam na chodzie, a miesiąc po mogłam wrócić do delikatnych ćwiczeń
6. widzę jak moje ciało się zmienia. I to nie pod kątem narastających mięśni, zwiększających się mięśniowo obwodów. Widzę jak zyskuje swój kształt, wysmukla się
7. nauczyłam się niesamowitej świadomości ciała i położenia go w przestrzeni. Łapię się na tym, że chodzę wyprostowana, ze ściągniętymi żebrami, zasznurowanym brzuchem. Nawet jak biegałam to czułam, że brzuch cały czas pracuje. Wiem gdzie mam rękę, a gdzie nogę. Wiem jak ustawić ciało by wykonać prawidłowo ćwiczenie, nie potrzebuję już do tego lustra
8. uwielbiam tę płynność i precyzję ruchów. Jak obserwuję pracę swojego ciała, uśmiecham się sama do siebie na widok tego flow, tej delikatności.
Sam fakt, że kocham pilates uwidacznia się w tym, że związałam z nim swoje życie, Mam studio, regularnie jeżdżę na warsztaty, szkolenia. Nie znudziło mi się jeszcze. I myślę, że nie znudzi się przez następne kilkanaście lat! 🙂

SMLXL

Polowanie na naturę

Jakieś 3 lata temu odrzuciłam popularne marki kosmetyków i przerzuciłam się na opcję bardziej naturalną. Dzięki temu czuję się o wiele lepiej, nie ładuję w swoją skórę tony chemii. Staram się wybierać produkty eko, organiczne, naturalne.

Do tej pory moje zmiany w pielęgnacji polegają na:

-zaraz po obudzeniu płuczę usta olejem kokosowym

-używam pasty bez fluoru (Babuszka Agafia ma genialne pasty!)

-ciało smaruję po kąpieli olejem kokoswym

-szampony i odżywki kupuję eko syberyjskie

-do mycia twarzy używam olejku śliwka-kokos

-zamiast toniku używam różnych hydrolatów

-zamiast kremów używam olejków (arganowy, macadamia, kokosowy itd)

IMG_1722.JPGZe 2 miesiące temu jedna z moich klientek przyszła na trening i całą godzinę spędziłyśmy gadając o koreańskim 10-cio stopniowym systemie pielęgnacji twarzy. Słyszałam już o nim o wiele wcześniej, ale nie miałam żadnego bodźca do działania. Aż do tego sądnego dnia 😉 Nie minęło wiele czasu, bo już tego samego dnia obie zamówiłyśmy sobie produkty pielęgnacyjne. Pojawił się nowy olejek do mycia twarzy ( z olejem migdałowym i wyciągiem z żurawiny), pianka do mycia twarzy, hydrolat jako tonik, woda różana do pryskania twarzy, serum nawilżające, krem pod oczy z wyciągiem z mango, na dzień krem BB z wyciągiem ze śluzu ślimaka, na noc krem ze śluzem ślimaka. I raz w tygodniu maseczka żelowa na noc. Raz na dwa ttygdnie maseczka płachtowa. Nie ukrywam, że cały proces pielęgnacji jest dość upierdliwy, ale wierzę, że moja buzia będzie dzięki temu gładka jak pupa Kornelka 😉

Byłam dziś w TK MAXXie. Chciałam kupić chipsy platanowe, wchodzę i nie wierzę! Moim oczom ukazała się cała wielka półka kosmetyków organicznych! Wiecie jak to jest, od razu chcecie kupić wszystko. Nie ważne potrzebne czy nie. TOOOOO MUUUUUSSSSSSIIIII BYYYĆĆĆĆĆ MOOOOJJJJJEEEEE!!!!! Aaaaa!!!! Zombie!

img_1721
Po bardzo dużej selekcji rzeczy niezwykle koniecznych, od koniecznych, mniej koniecznych, zbędnych i całkowicie zbędnych zakupiłam 4 produkty (jeju, jak mnie korciło kupić jeszcze kilka!!!!). Oto moje nabytki:

-maseczka płachtowa z olejem kokosowym, z dzikiej róży i z kolagenem

-maseczka płachtowa z miodem Manuka, olejem z dzikiej róży i kolagenem

-serum do twarzy z olejem kokosowym

-płyn do mycia twarzy z ekstraktem z kokosa i zielonej herbaty.

A teraz, dumna, że nie wydałam wszystkich pieniędzy, siedzę z młodzieńcem i psami na tarasie popijając zdrową zieloną herbatę. Miłego dnia kochani!

img_1723

Tymczasem pójdźmy popływać

Oczywiście, że Pilates to całe moje życie. A przynajmniej 90%. Niektórzy powiedzą, że to nie jest normalne i zdrowe myśleć tylko o pracy. Ale to jest pozytywne i spełniające. Nie mam pracy, gdzie idę na 8 i wychodzę o 16, zamykam drzwi za sobą i odcinam się od wszystkiego. Prowadzenie własnej firmy niestety nie daje takich możliwości. Często wracam do domu, siadam do kompa i pracuję dalej. Wymyślam strategie marketingowe, zmieniam plan zajęć, planuję posty na Facebook’a, drukuję faktury, robię przelewy, kupuję coś w internecie, roznoszę ulotki.

Ale w tym wszystkim, uwierzcie mi, mam czas dla swojej rodziny. Mam czas na to by pogłaskać i poprzytulać psa, sprzątnąć dom, pobrudzić się w ogródku, pomarudzić partnerowi i ukochać swoje dziecko.

Postanowiłam, że zapiszę go na naukę pływania dla niemowląt. Teraz co sobotę jeździmy na 30 minutowe zajęcia. Cóż za frajda! Cóż za radość! Niesamowite jest widzieć szczęście dziecka, gdy odkrywa istnienie chlapiących rączek. Nie wspomnę już o nóżkach.  I ten błogi spokój, gdy zmęczone od razu usypia. Cud, miód i orzeszki 🙂

Czemu się szkolę?

No właśnie, dlaczego? Ponieważ najgorzej jest stanąć w miejscu! Myślisz, że wszystko wiesz? Nic bardziej mylnego…
Niedawno Facebook mi przypomniał, że 3 lata temu wyjechałam do Sztokholmu na szkolenie z Cadillaca. Aż do Szwecji, nigdzie bliżej nie było. Z reguły w ośrodkach szkoleniowych są około 6 miesięczne terminy do kolejnych szkoleń. Byłam zatem przekonana, że kolejne szkolenie będzie w lutym następnego roku. Pamiętam jak dziś jak przeglądałam internet a tu nagle wielkimi literami informacja, że szkolenie z zaawansowanego Cadillaca będzie za tydzień! W ciągu kilku godzin załatwiłam bilet na samolot, rezerwację w hostelu i zastępstwa w studio. Wyjazd się zbliżał a tu załamanie pogody – huragan Ksawery! Mama błagała mnie bym odpuściła, mimo moich tłumaczeń, że nie mogę, przecież to szkolenie, kiedy potem je zrobię? I pojechałam 🙂
Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie nie jeździć i się nie uczyć. Mam wtedy okropne wrażenie utknięcia w martwym punkcie, uciekającej wiedzy. Szczególnie w tym fachu. Co chwila pojawiają się nowe pomysły na te same ćwiczenia, nowe przybory lub ich nowe wykorzystanie, nowi nauczyciele, nowi ludzie. Albo nawet Ci sami, ale wiedzę mają odrobinę inną niż moja. A nawet jeśli wiedza nie jest nowa, to być może gdzieś przykurzona w otchłaniach głowy i nie używana od lat. Zawsze, przezawsze szkolenia, warsztaty, wyjazdy, konwencje, konferencje i inne tego typu otwierają oczy i umysł na to co się robi. Chyba nie zdarzyło się bym przyjechała po jakiejś pilatesowej imprezie bez głowy pełnej nowych pomysłów.
W szkole, w której się uczę pilatesu istnieje obowiązek dokształcania się co 6 miesięcy. Wspaniałe! Jeśli nie ma szkolenia, są warsztaty teoretyczne lub praktyczne. Gdyż zdobywanie nowej wiedzy rozwija.
Zapytaj swojego instruktora kiedy ostatnim razem był na szkoleniu. Jeśli pierwsze co usłyszysz to ‚yyyyy, niech pomyślę, chyba to był zeszły rok’ – uciekaj! Serio. Wiedza nieużywana zanika, uwierz mi. To jest jak w biologii – narząd nieużywany zanika. Dodatkowo popada się w marazm i rutynę. Te same ćwiczenia, te same hasła, wręcz patrzenie cały czas na to samo. Pojawia się brak przejrzystego myślenia i kompleksowego patrzenia na ciało i jego potrzeby.
Oczywiście, pojawia się tu również problem finansowy. Może akurat nie było wystarczających funduszy na jakieś ciekawe szkolenie? A może problem rodzinny. Nie mnie dane jest to oceniać. Jednakże w takiej sytuacji są jeszcze książki, płyty, artykuły i filmy w necie, rozmowa z innym instruktorem. Naprawdę, jest cała masa opcji by wciąż się rozwijać.

 

Bo ten Pilates to taki stretching…

Chcesz zobaczyć wkurzonego instruktora/nauczyciela Pilates? Powiedz mu, że Pilates to stretching albo joga. Albo gimnastyka dla seniorów. Zaraz zobaczysz delikatnie pulsującą żyłkę na szyi oraz laserowe spojrzenie gotowe przeciąć Cię w pół. Niektórzy od razu ścinają przeciwnika ostrym tonem, inni zamieniają się w Wikipedię i robią wykład.

Ja wiem, że lubimy żyć w nieświadomości, stereotypach. Ja wiem, że Pilates w klubach fitness wygląda naprawdę nudnie. I z reguły jest nudny. Ja wiem, że często gęsto patrząc na niego z boku to tak jakby leżeć i przewracać się z boku na bok.  Ja to naprawdę wszystko wiem. Been there. Przeżyłam to wszystko.

ALE TO WSZYSTKO JEST BŁĘDNE!

uwaga

Zatem zaczynamy obalanie mitów:

#MIT NUMER 1

Pilates to stretching, takie rozciąganie 

Owszem, Pilates rozciąga. Ale nie jest to cel główny ćwiczeń.

Stretching to rodzaj ćwiczeń skoncentrowanych na rozciąganiu konkretnego mięśnia lub grupy mięśni. W sposób statyczny bądź dynamiczny. Z wcześniejszym napięciem rozciąganej grupy bądź nie. Ale jedno jest łączące – głównym celem ćwiczeń stretchingu jest rozciąganie ciała.

Głównym celem ćwiczeń Pilates jest wzmocnienie centrum ciała, stabilizacja i mobilizacja. I oddech. W jak najbardziej neutralnych pozycjach. Efektem dodatkowym, gdy wzmacnia się jedną grupę mięśni, grupa antagonistyczna (przeciwnie ułożona, wykonująca odwrotny ruch) się rozciąga.

Ta dam! Tyle stretchingu w Pilatesie.

Nawet pozycje nie są te same. Zasady układania lekcji są diametralnie inne.

Podsumowując zatem obalam mit pierwszy PILATES TO NIE STRETCHING

#MIT NUMER 2

Pilates to joga

W żaden sposób! Wszyscy jogini czytając to lub słysząc to złapaliby się za głowę! Joga jest systemem ćwiczeń stworzonym niezwykle dawno temu, do którego dodaje się pewne wierzenia, zachowania, specjalne techniki oddechowe i medytacyjne. Często też wraz z jogą idzie w parze weganizm.

W żaden sposób Pilates nie jest tak głębokim system ćwiczeń. W końcu nie można porównywać czegoś z kilkuset letnią tradycją do czegoś powstałego w XX wieku…

Mimo, że Pilates może być urozmaicany niektórymi ćwiczeniami jogi, możemy obalić mit drugi PILATES TO NIE JOGA.

#MIT NUMER 3

Pilates to gimnastyka dla starych ludzi. 

Nic bardziej mylnego. Najmłodsza uczestniczka u mnie w Studio miała 15 lat, najstarsza 77. Średnia wieku to 30-45 lat. Skąd zatem ten pomysł? Być może dlatego, że wygląda nudno i dennie. Że osoba patrząca z boku widzi minimalne ruchy, które, wydają się jej, całkowicie pozbawione pracy, siły czy wysiłku. Wydaje jej się , że na tych zajęciach się tylko leży i oddycha. Idealne da starszych pań, prawda?

Ale niestety rzeczywistość pilatesowa wygląda zupełnie inaczej. Być może wykonujemy minimalne ruchy, ale tylko dlatego by postawić na jakość a nie ilość. Liczy się dla nas napięcie i pozycja niż wysiłek, power i nie wiadomo co jeszcze. Często to co dla przeciętnego Kowalskiego jest błahe, dla nas jest naprawdę niezłym wyzwaniem!

Obalamy mit trzeci, twierdząc że PILATES TO NIE GIMNASTYKA DLA STARSZYCH LUDZI. 

#MIT NUMER 4

Pilates to ćwiczenia z piłką

Tutaj przypomina mi się sytuacja sprzed praktycznie 6 lat, a na pewno z początków działania Studia. Klientka przyszła na zajęcia, w ich czasie była zadowolona, a w każdym razie grymasu niezadowolenia na jej twarzy nie odnotowałam. Po zajęciach pytam jej jak się podobało. „No wie Pani, nie tego się spodziewałam” … „A dlaczego? Coś się stało?” zapytałam. „Bo w Magdzie M to one jak chodziły na Pilates to siedziały na piłkach i gadały o facetach”… Kurtyna…

Oczywiście, że w czasie ćwiczeń Pilates wykorzystuje się dużą piłkę. Jest genialna do ćwiczeń stabilizacyjnych, gdzie trzeba naprawdę nieźle uruchomić głębokie mięśnie całego ciała, by z piłki nie zlecieć.

Jednakże oprócz piłki mamy szereg innych przyborów jak wałki, ringa, dyski, małe piłki, taśmy, hantle. Nie wspominając już o sprzęcie specjalistycznym.

4 mit uległ obaleniu PILATES TO NIE TYLKO ĆWICZENIA NA PIŁKACH.

Na zakończenie, chcecie poznać hit hitów z czym skojarzono Pilates?

Pilates…Pinates… To jest związane z importem ananasów? OMG – padłam!

Przekraczam granice

Zawsze lubiłam gimnastykę. Jako mała dziewczynka chodziłam do szkoły podstawowej z gimnastyką artystyczną. Bardzo to lubiłam. Do tej pory jak oglądam zawody gimnastyki artystycznej przechodzą mnie ciarki. Zawsze żałowałam, że rodzice nie popchnęli mnie potem w kierunku tańca. A może chodziło o to, że zawsze byłam ‚zdolna ale leniwa’ jak to mawiali moi nauczyciele.

Rozwijając się coraz dalej w Pilatesie, pokochałam go za tę gimnastyczną część. Te wygięcia, płynne ruchy, a w środku olbrzymią siłę i wytrzymałość. Za pozycje wręcz akrobatyczne, niemożliwe do wykonania.

Ale tak moi drodzy, na zaawansowanym poziomie Pilates już nie jest nudną gimnastyką dla seniorów! Jest sztuką. Pięknem. Jest sztuką pięknego ciała w ruchu. 

Moja pilatesowa historia

Jak to się wszystko zaczęło i jak się rozwijało?

  1. PRZYPADEK

Wszystko zaczęło się przypadkiem. Wiadomo, jak to w życiu bywa, wszystkim rządzi przypadek. Na 1 roku studiów miałam zaliczenie z socjologii (co socjologia robiła na fizjoterapii tego do dziś nie rozumiem) i wybrałam spośród wielu tematów  ten: „Metoda terapeutyczna Pilates”. Szczególnie, że wiedziałam, że szkoła fitness, w której się ówcześnie uczyłam, wprowadzała na rynek właśnie szkolenia z Pilates. Więc pomyślałam co mi szkodzi? I tak oto pojechałam na moje pierwsze szkolenie Pilates. Zdałam potem pierwszy egzamin dający mi certyfikat. Zaczęłam prowadzić zajęcia w jednym z łódzkich klubów fitness. Potem kolejnym. I kolejnym. Pojechałam na 2 szkolenie i nawet 3 szkolenie. Na warsztaty i konwencje. Tylko tych egzaminów nie chciało mi się robić.

2. NIE NADAJĘ SIĘ DO PRZYCHODNIIMG_1461

Przyszedł 4 rok studiów, a ja zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że nie do końca widzę siebie jako Matka Teresa w białym kitlu uwijająca się pod dyktando lekarzy w jakieś przychodni. Postanowiłam się spiąć i zacząć działać z Pilatesem dalej. Zebrałam wszystkie potrzebne materiały i wciągu roku zdałam egzamin z drugiego i trzeciego szkolenia. Po akceptacji mojej pierwszej pilatesowej guru mieszkającej na stałe w Australii, dopięłam swego! Na jesień 2010 roku dostałam pierwszy w Łodzi dyplom Instruktora Pilates szkoły OM Health&Fitness Idea.

3. NAUKOWO, BĘDĘ KIEDYŚ DOKTOREM

W międzyczasie intensywnie działałam naukowo. Pisałam masę prac, robiłam badania, występowałam na konferencjach. Zostałam nawet przewodniczącą Studenckiego Koła Naukowego Fizjoterapii. To było coś!!! 😉 Moje kultowe prace badawcze dotyczyły wpływu ćwiczeń Pilates na poprawę parametrów oddechowych u dzieci z astmą oskrzelową oraz wykorzystania metody Pilates w kinezyterapii. Ostatecznie jednak się zmagistrowałam z rehabilitacji po resekcjach przełyku, ot co!

Po studiach dostałam się na doktorat. Też miałam pisać o Pilatesie. Tylko że minęłam się wizją z panem docentem, który się mną zajmował i po roku zrezygnowałam. Choć wciąż mam nadzieję że kiedyś do bycia doktorem wrócę…

4. DOTACJA?! ZWARIOWAŁEŚ?!

Na 5 roku studiów mój ówczesny chłopak namówił mnie bym złożyła papiery do konkursu o dotację na założenie własnej firmy. Ale jak to, ja/dotacja/własna firma???? Skąd kasa/klienci/i w ogóle co Ci do cholery do głowy przyszło? I tak oto przy trzecim podejściu okazało się, że przeszłam rekrutację i się dostałam. No więc jak powiedziałam A, muszę powiedzieć też B… Zaczął się burzliwy okres poszukiwania lokalu, pisania biznes planów, następnie remont, liczenie wydatków, podniecenie wyposażeniem, tworzeniem grafiku i wybieraniem kadry. I tak oto we wrześniu 2010 otworzyłam swoje własne (pierwsze dziecko) studio Pilates.

5. KTO WIE CZY KIEDYŚ NIE WYJADĘ…

Gdy już stałam się właścicielką Studia, nie mogłam spocząć na laurach. Wiedziałam, że w Polsce już więcej się nie nauczę, więc zaczęłam się szukać czegoś innego. I znalazłam. Kanadyjską szkołę STOTT Pilates (z ramienia grupy Merrithew). Jedną z bardziej znanych szkół Pilates na świecie. A że szkolenia odbywały się w Czechach, pomyślałam ‚czemu nie?’ i wyjechałam na pierwsze ich szkolenie na macie.

6. WPADŁAM JAK ŚLIWKA W KOMPOT

IMG_1256a.jpgTeraz to już na dobre wpadłam jak śliwka w kompot. Nie wyobrażam sobie życia bez tych ćwiczeń. Bez wyjazdów, szkoleń, warsztatów, poznawania nowych technik, ciągłego kształcenia i rozwijania się. Pilates stał się moim życiem. Realizuję się. Spełniam swoje ambicje. Jest tak jak chciałam. I osiągnęłam to sama, swoją ciężką pracą i uporem. No nie do końca sama, gdyby nie wsparcie mojej rodziny (i słuchanie mojego marudzenia) byłoby o wiele gorzej. Teraz mogę śmiało powiedzieć:

Robię to co lubię i lubię to co robię! Jestem spełniona!

A może by tak szampana?

Dziś moje Studio  obchodziło 6 lat… Dokładnie 1 września 2010 zaczęła się moja przygoda z prowadzeniem firmy. No, zaczęła się wcześniej, ale dokładnie wtedy pierwszy klient przeszedł przez prób Movimento.

Co się wydarzyło przez te 6 lat? Przede wszystkim dojrzałam, trochę się wyciszyłam, bardziej zmotywowałam. Mimo wielu przeciwności losu, problemów i upadków, wciąż mi się chce działać. Wielokrotnie dostałam kopniaka w tyłek, ale to pozwoliło mi inaczej spojrzeć na świat, uśmiechnąć się i przeć dalej.

IMG_1491
A to ja z urodzinowym balonikiem 😉

Ale wciąż żyje pracą, to taki pozytywny pracoholizm. Gdyby nie moi klienci, nie byłoby mnie takiej jaką jestem teraz. 

To jest właśnie miejsce i czas bym podziękowała

  • wszystkim klientom Movimento – za to, że są z nami, że przychodzą na zajęcia, że się dobrze z nami bawią
  • wszystkim instruktorom, z którymi pracuję – za pasję, chęć pracy, zarażanie pilatesową miłością klientów
  • najbliższym – za wsparcie, wysłuchiwanie mojego marudzenia, pomoc w trudnych chwilach

 

Pamiętam jaka byłam szczęśliwa, gdy w sierpniu 2010 dzwonili ludzie by umawiać się na zajęcia. Były chwile załamania, gdy na zajęciach była tylko 1 osoba. Ale były olbrzymie chwile szczęścia, gdy nagle, w pierwszym miesiącu pracy, zapełniała się praktycznie cała sala!

Pamiętam swój olbrzymi strach, czy aby na pewno podjęłam właściwą decyzję, czy wszystko wypali, czy będzie dobrze. Wypaliło i jest dobrze 🙂

Pamiętam chwile załamania, gdy pierwszy raz coś poszło nie tak, klient zrobił mi straszną awanturę, pierwsze opóźnienia w płaceniu zobowiązań, pierwsze podwinięcie nogi. To dało mi większą motywację, nauczyło jak należy mieć twarde dupsko, gdy ma się miękkie serce. Było zdecydowanie potrzebne.

Gdybym tylko mogła, wypiłabym kieliszek szampana. Tymczasem swoje 6te urodziny oblewam herbatą lipową z miodem 😉 Najlepszego!

IMG_1490