Macierzyństwo a prowadzenie studia – czy to w ogóle możliwe?

Uwaga, bo wlatuje temat na czasie 😀 A tak właściwie temat codzienności, która przeplata się z totalnie niespodziewanymi sytuacjami. Życie pisze przeróżne scenariusze, które każda matka pracująca przeżywa. Ten wpis absolutnie nie jest prześmiewczy, nie będzie też ckliwą historią czy radami w styli czasopisma Cosmopolitan (btw – drukują to jeszcze?). Chciałabym tymi kilkoma słowami, które tu padną, dać Wam wiarę, siłę i nadzieję. Przybić piątkę! Wszystkie tak naprawdę pchamy ten sam wózek zwany życiem 🙂

Jakiś czas temu, za namową mojej klientki, zaczęłam oglądać na Netflixie, rewelacyjne serial o zacnym tytule „Pracujące mamy”. Prawdziwy serial o życiu i losach matek, które wracają po urlopie macierzyńskim do swoich karier. Raz płaczę ze wzruszenia, raz ze śmiechu. Historie są tak niesamowite, że aż trudno uwierzyć, że mogłyby mieć miejsce. Ale każda matka, w tym ja, dostrzeże tu siebie i problemy jakie przeżywa na codzień.

Powiem Wam szczerze, że będąc na studiach, poza oczywiście nauką i dobrą zabawą ;p nie myślałam za wiele o macierzyństwie, rodzinie i tego typu kwestiach. Nawet moi znajomi byli znajomi, że tak szybko się macierzyńsko ustatkowała. Jak dobrze wiemy, na takie kwestie przychodzi po prostu „ten czas”. Początkowo moim dzieckiem i priorytetem było studio. Pierwsze, wymarzone, okupione masą wysiłku i błądzeniem po omacku. Moje pierwsze kroki w tym biznesie nie należały do super udanych, ale nie poddawałam się. Z roku na rok szło to w dobrą stronę. Potem zostałam psią mamą. Gałganek jest moim pierwszym synkiem, jakkolwiek idiotycznie to brzmi 😛

Nie prowadziłam się zbyt dobrze. Nie jadłam regularnie, w spokoju, w zbilansowany sposób. Ciągle pracowałam, byłam w biegu, kto to ma czas na jedzenie? Miałam problemy zdrowotne, lekarze twierdzili, że mam policystyczne jajniki i na pewno w ciążę nie zajdę. Generalnie byłam w jakiejś rozsypce i poszłam do wróżki. A ona mi przepowiedziała, że w przyszłym roku będę trzymać dziecko na rękach. Haha, dobre! Ale kurczę flak, wszystko co przepowiedziała się sprawdziło. Nie wiem jak najlepiej to opisać, ale pewnego dnia po prostu przyszła do mnie informacja o tym, że zostanę mamą, ale tym razem nie studia, nie psa tylko po prostu mamą dziecka. Zrobiłam 3 testy nie wierząc. Czy byłam szczęśliwa? Nie wiem. Czy byłam wzruszona? Nie wiem. Głównym uczuciem jakie miałam to przerażenie. Jak ja teraz poprowadzę firmę? Bo wiadomo jak to jest. Mdłości, wymioty, światłowstręt… Jak ja będę pracować wtedy z klientami? A jak lekarz każe mi pójść na L4? Przecież nie mam zatrudnienia, jestem właścicielem firmy, jakie pieniądze mi ZUS wypłaci? 300zł miesięcznie? Jak ja się za tu utrzymam!? Milion znaków zapytania, milion wątpliwości, jedna wielka czarna dziura nieświadomości.

Ale przyszedł czas, gdy urodził się Kornel. Jak każda mama wie, stało się to co stać się musiało. Miłość bezwarunkowa, totalnie mnie owładnęła. Ale przy tym wszystkim najciekawsze było to, że kompletnie nie straciłam flow związanego z moją pracą i rozwojem. Szybko po narodzinach Kornela wróciłam do pracy. Prowadziłam wtedy największe studio. Nie mogłam go zostawić, bo by zbankrutowało. Musiałam jak najszybciej wrócić i stawiać je na nogi. Ale nie wróciłam sama, bo z nim. Kornel bardzo często towarzyszył mi od bobasa w pracy, szkoleniach, rozwoju. Od dziecka wspierał klientów w treningach i uczył się pilatesowych zasad. Co słuchajcie kompletnie nie przełożyło się na jego obecne zainteresowania ;p No ale, co poradzisz? W każdym razie byłam mamą i prowadziłam duże studio oraz szkolenia, a przy tym sama się szkoliłam. Momentami było mega ciężko, ale wiedziałam, ze dam radę ze wszystkim. Bo czemu nie?

Nie mogło być tak źle skoro zdecydowałam się zostać mamą po raz drugi 😀 Pandemia wiele ułatwiła, głowa odpuściła, klienci odpuścili. Miałam wcześniej dwa poronienia. Poszłam do czarownicy od metody Bowena, która mi wprost powiedziała, że nie mam zbytnio szans, gdyż dziecko, które noszę w brzuchu, czuje się niekochane. I tak trochę było. Z jednej strony wielkie pragnienie posiadania drugiego dziecka, z drugiej przerażenie jak ja sobie poradzę? Jak ja mam być w ciąży skoro mam zaplanowane takie i takie szkolenia. Jak mam zaplanowane wyjazdy z klientami? Pojawienie się pandemii było błogosławieństwem dla mojej sytuacji. Odpuściła głowa, obowiązki, pojawiło się więcej wolnego czasu. I nagle pojawił się Kostek. Ciąża była niezbyt przyjemna, ale nie poddawałam się, mogłam i chciałam funkcjonować jak dalej. Obecnie nie mam już dużego studia, ale mam naprawdę duuużo pracy. Studio w domu pozwoliło mi być w pracy, ale w niej nie być. Mogłam schodzić do klientów z maleństwem na rękach. Biznes miałam całkiem ustabilizowany, wszyscy rozumieli moją sytuację, tolerowali maluszka, wspierali mnie, pomagali. To było wspaniałe. I dałam radę! Kostek leżał, turlał się, czołgał się, a następnie bawił się pilatesowym sprzętem. Myślę, że częściowo to przyspieszyło jego rozwój. Były przeszkody do pokonania, różne kolory i formy przyborów do ćwiczeń, które mógł dotykać. Kostek wspaniale się odnalazł w studio. Tak jak najpierw Gałgan, a potem Kornel.

Chcę Wam przekazać tym to, że rodzina nie jest przeszkodą do realizacji swoich zawodowych planów i celów. Często bywa motywacją. Do wielu kwestii i projektów zainspirowała mnie moja młodzież. Poz tym, szczęśliwa i realizująca się mama to szczęśliwe dziecko!

Kobiety są naprawdę silne i podkreślać to będę nieustannie. Dajemy radę! Nawet jak mamy gorszy okres to i tak dajemy radę. Po burzy zawsze wychodzi słońce!

Nie bójcie się spełniać marzenia i realizować cele! Mamie wypada! Mama powinna dbać też o siebie! Mama da radę!

Cadillac klasyczny VS Cadillac nowoczesny

Dziś czas na kolejne porównanie. Tym razem w zestawieniu bierze udział sprzęt bez którego nie wyobrażam sobie Pilatesowego studia. Oczywiście jest to Cadillac! Prawda, że nie mogło go zabraknąć w zestawieniach sprzętowych?

Aktualnie jestem szczęśliwą posiadaczką Cadillaca Trapeze Table z firmy Balanced body Polska. Towarzyszy mi już 7 lat, był drugim poważnym sprzętem jaki kupiłam po reformerach i pierwszym jaki zakupiłam od BB. Pomimo tego, że bardzo często służy jako tor dla autek bądź legowisko dla Gałgana, to przez tyle lat absolutnie nic się z nim nie wydarzyło. W moim studio sprzęt ma nie lada wyzwanie. Pracuje na pełnych obrotach, po 12 godzin dziennie. Powiedziałabym, że to najlepsze miejsce na testowanie swojego sprzętu :p

Zestawiłam dziś Cadillaca nowoczesnego czyli właśnie Cadillaca Trapeze Table z CenterLine Cadillac, ciekawi jesteście jak wypada porównanie?

Trapeze Table Cadillac

CenterLine Cadillac

Cadillac nowoczesny posiada więcej fajnych funkcji, które mi osobiście dobrze się sprawdzają. Nie ukrywam jednak, ze bez nich dałoby się żyć 😉 Więc posiadanie nowoczesnego Cadillaca nie jest koniecznością, gdyż nie wpływa to jakoś mocno na jakość treningu. Jak zwykle mój wybór sprzętu nowoczesnego wiązał się z różną mocą sprężyn, które idealnie się sprawdzają w pracy z klientami z problemami zdrowotnymi.

Pilates by Gałgan

Tak, to naprawdę jest wpis o Gałganie! Myślę, że dla osób znających mnie i Movimento, ten wpis nie jest żadnym zaskoczeniem. Dlaczego? Bo Pilatesowy pies, czyli Gałgan, to nieodłączna część Movimento. Coś jak wizytówka, ale nie tylko! Gałgan ma nawet swoje konto na Instagramie (jako @galganthepilatesdog), ale na swoje nieszczęście nie pamiętam danych do logowania, a numer telefonu z tego konta mam już nieaktywny. Dodatkowo, tworząc obecne studio rozważałam czy nie nazwać go „Pilates pod Gałganem”. Mój pies ma swoje specjalne moce, które powiedziałabym, poprawiają efektywność treningów i szkoleń. Nie wierzysz? Zapraszam na trening!

Zabierając pierwszy raz Gałgana do domu nie spodziewałam się, że odegra on tak ważną rolę w moim zawodowym życiu i że ja i moje studio będzie z nim kojarzone.

Od czego się zaczęło? Mianowicie od tego, ze Gałgan jako psi bobas oraz niesamowicie uczuciowy pies, nie potrafił zostać sam choćby na chwilę. Lament i drama jaka rozgrywała się po zostawieniu go przez domowników w domu, przechodziła moje najśmielsze pojęcie. Tak, wiem! Oczywiście psa się socjalizuje i przyzwyczaja do pozostawania samemu w domu. Nie powiem, że nie podejmowaliśmy takowych prób, oczywiście w asyście psiego behawiorysty. A nawet czterech behawiorystów… Niestety to przynosiło różne efekty, a ponieważ ja naprawdę sporo wtedy pracowałam (tak jakbym pracowała teraz mało ;p), a mój partner pracował na 3 zmiany, nie wyobrażałam sobie zostawiać kilkumiesięcznego szczeniaka na 8 godzin samego w domu. Przyznaję, że wtedy, najlepszym rozwiązaniem, wydawało mi się zabieranie go ze sobą do pracy.

Jak możecie sobie wyobrazić, ta mała włochata kulka robiła w Movimento furorę. Najpierw mały Gałganek przychodził do studia na Żeligowskiego, gdzie testował swoje małe ząbki na dłoniach zachwyconych klientek. Zdobywał serca praktycznie wszystkich kobiet. Następnie przeniosłam się do wielkiej przestrzeni, gdzie codziennie przez studio przewijała się cała masa ludzi. Socjalizacja Gałgana przebiegała bardzo sprawnie 😀 Mizianie przez wszystkich było na porządku dziennym. Jaki był tego efekt? Nie było takiej opcji abym zostawiła go w domu i nie zabrała do studia. Każde pozostawienie go w domu kończyło się jego ucieczką. Tak.. zwiewał ilekroć został „porzucony” w domu pełnym jedzenia i picia oraz mięciutkich kanap. Nie miałam więc innego wyjścia jak zabierać go ze sobą. Takiego bata na sobie zawiązałam. Z perspektywy czasu mam wrażenie, ze tak właśnie być musiało.

Dlaczego?

To da się odczuć. Gałgan jest takim psim terapeutą. Ma w sobie coś takiego, że klienci czują się w jego towarzystwie naprawdę dobrze. Często wyczuwa kiedy klient ma jakieś trudności w wykonywaniu ćwiczeń lub po prostu czuje się źle. Wtedy przygodzi i kładzie swój pyszczek patrząc głęboko w oczy jakby mówił „Hej wszystko będzie dobrze, dasz radę”. Wiele razy byłam świadkiem sytuacji, gdzie przychodził do mnie klient niepełnosprawny, a Gałgan kładł swój pysk na jego chorej części ciała. Wielokrotnie również spotkały mnie stacje, gdzie klient zamiast ćwiczyć, po ciężkim dniu, wolał przytulać Gałgana i rozmawiać ze mną, niż ćwiczyć. Taki rodzaj psycho i dogoterapii.

Gałgan to też straszny leniuch, dlatego upodobał sobie te sprzęty, na których może się wygodnie rozłożyć, czyli Cadillaca i Reformer. Ale żeby nie było, że on tak zawsze sam z siebie. Ile to razy klient wołał by wskoczył do niego na łóżka i grzał mu stopy 😛

Nie wiem też jak to się dzieje, ale mam wrażenie, że im bardziej aktywny właściciel, tym mniej aktywny pies ;p Przykładem jest tu chociażby John Garey, którego pies ma równie dużo zapału do życia co Gałgan. Za to John… John ma taką werwę, że przysięgam, mój mózg tego nie ogarnia. Ja po treningach z nim nie mam kompletnie siły, a on kończy trening z uśmiechem na twarzy! Podczas gdy, zarówno jego, jak i mój pies, leży niezainteresowany całą sytuacją.

Jedno wiem, Movimento bez Gałgana, to nie Movimento! I myślę, że zdecydowanie się z tym zgodzicie ❤

Pre Pilates, czemu jest tak potrzebny?

Rozpoczęcie przygody z jakąkolwiek aktywnością fizyczną wiąże się z pewnymi etapami. Wiadomym jest, że nie zaczniemy pierwszych treningów od ćwiczeń zaawansowanych czy nawet średniozaawansowanych. Zaczynamy od totalnych podstaw, od nauki prawidłowego wzorca ruchowego. I tym właśnie są ćwiczenia pre pilates. Poznanie ich jest niezbędnym kluczem do dalszego pilatesowego rozwoju naszego klienta. Nawet Gałgan wie, że to absolutne must have!

Pre Pilates to nic innego jak cała gama ćwiczeń wstępnych, poprzedzająca te wszystkie znane bądź mniej znane pilatesowe ćwiczenia. Są to ćwiczenia bazujące na najmniejszym ruchu, którego zadaniem jest zrozumienie wykonywanej podczas takiego ćwiczenia pracy oraz prawidłowego ustawienia ciała.

Ćwiczenia pre pilates to te, które uczą:

• Prawidłowego ustawienia odcinka lędźwiowego oraz miednicy

• Prawidłowego oddechu

• Mobilizacji obręczy barkowej

• Stabilizacji tułowia

ruchu wyizolowanego

aktywacji core (bądź też powerhouse czy porostu centrum ciała)

Co jest takiego magicznego w pre pilatesie?

Przede wszystkim fakt, że ruchy z niewielkim obciążeniem najbardziej angażują mięśnie głębokie całego ciała. Całego ciała, co oznacza, że nie tylko centralnej części (na której wszyscy się koncentrują), ale także odcinka piersiowego i szyjnego kręgosłupa, czy też obręczy barkowej. Ćwiczenia te uczą trójwymiarowego oddechu, co jest bardzo ważne przy wykonywaniu ćwiczeń bardziej skomplikowanych. W późniejszym etapie ćwiczeń pilates, jesteśmy już nauczeni oddechu, zatem nie koncentrujemy się na nim. Wychodzi nam automatycznie, co pozwala skoncentrować się na innych, ważniejszych aspektach ćwiczenia. Należy też pamiętać, że mimo iż oddech trójwymiarowy jest zalecany jako oddech codzienny, różni się on od oddychania w jodze czy treningu siłowym. A że zdecydowana większość ludzi oddychać prawidłowo nie potrafi, jak więc wyobrażamy sobie ich dobry trening pilates bez nauki tego najważniejszego aspektu? Ćwiczenia te uczą również wykonywania ruchu jedną częścią ciała przy stabilizacji innej części ciała ( izolacja ruchu). Na przykład uczysz się jak ruszać nogą w stawie biodrowym przy zachowaniu nieruchomej miednicy. Jest to również niezwykle potrzebne przy dalszych, bardziej zaawansowanych ćwiczeniach. Ćwiczenia prep uczą prawidłowego ustawienia ciała oraz przyjmowania prawidłowej pozycji ciała w trakcie całego ćwiczenia. Pomaga to w odpowiedni sposób zaangażować mięśnie i w pełni wykorzystać potencjał ciała w ćwiczeniu. Kolejnym ważnym aspektem jest fakt, że ćwiczenia te uczą płynności ruchu, jego precyzji. Prawidłowo wykonany ruch jest o wiele bardziej skuteczny oraz bezpieczniejszy. A tak podsumowując, to ćwiczenia pre pilates uczą trzymania się tych podstawowych zasad pilates.

Dlaczego te ćwiczenia są tak ważne?

Ponieważ nie każdy klient, a w zasadzie znaczna ich większość, jest fizycznie nie przygotowana do wykonywania pełnej wersji pilatesowych ćwiczeń. Nie znam klienta, który po przekroczeniu progu mojego studia, zrobiłby od razu teasera czy jak knife. Często nasze progi odwiedzają klienci typowo kręgosłupowi czy też z różnymi innymi schorzeniami zdrowotnymi. Tacy klienci w pierwszej fazie ćwiczeń wymagają nauki podstaw i ruchów w mniejszym zakresie. Dopiero opanowując całą bazę podstawy możemy z takim klientem iść na głębszą wodę i przejść do ćwiczeń i ruchów w większym zakresie.

A teraz czas na przykłady pre pilatesowych ćwiczeń

  1. Scissors prep – polega na naprzemiennym podnoszeniu zgiętej w kolanie nogi poprzez zgięcie w stawie biodrowym. Celem jest utrzymanie stabilnego odcinka lędźwiowego i miednicy, aktywacja core. Przygotowanie do pełnego ćwiczenia Scissors.

2. Leg slide, czyli naprzemienny wyprost nogi po podłożu. Celem jest zachowanie stabilnej miednicy i aktywacja core. Przygotowanie do Single leg stretch.

3. Knee drops, czyli naprzemienne odwodzenie zgiętej nogi. Celem jest stabilizacja miednicy i aktywacja core. Przygotowanie do Leg circles.

4. Ab prep, czyli mini brzuszki. Celem jest nauka zgięcia w odcinku piersiowym, przy jednoczesnym zachowaniu stabilnego odcinka lędźwiowego i miednicy. Przygotowanie do Hundred, Series of 5 for abs.

5. Hug a tree, czyli odwodzenie rąk w leżeniu na plecach. Celem jest zwiększenie ruchomości w stawach barkowych przy jednoczesnym utrzymaniu nieruchomej miednicy. Przygotowanie do Double leg stretch.

6. Low traps, czyli przenoszenie rąk za głowę. Celem jest zwiększenie ruchomości w stawach barkowych przy jednoczesnym utrzymaniu nieruchomej klatki piersiowej i miednicy. Przygotowanie do Double leg stretch.

7. Swan dive prep, czyli wyprost odcinka piersiowego. Celem jest nauka prawidłowego ustawiania głowy i szyi w ruchach wyprostnych oraz praca z odcinka piersiowego bez przeciążania odcinka lędźwiowego. Przygotowanie do pełnego Swan dive.

8. Breast stroke prep, czyli wyprost rąk w pozycji leżenia na brzuchu. Celem jest nauka aktywacji core w leżeniu przodem oraz zwiększenie ruchomości obręczy barkowej przy stabilnym odcinku piersiowym, lędźwiowym i miednicy. Przygotowanie do pełnego Breast stroke.

9. Single leg extension, czyli wznoś jednej nogi w pozycji leżenia przodem. Celem jest stabilizacja odcinka lędźwiowego i miednicy oraz aktywacja córę. Przygotowanie do Swimming.

10. Leg pull front prep, czyli wznos kolan w klęku podpartym. Celem jest stabilizacja obręczy barkowej, całego kręgosłupa i miednicy oraz aktywacja core. Przygotowanie do pełnego Leg pull front.

11. Side bend prep, czyli utrzymanie pozycji podporu na przedramieniu. Celem jest stabilizacja obręczy barkowej, odcinka lędźwiowego, miednicy oraz aktywacja core. Przygotowanie do pełnego Side Bend.

12. Clams, czyli odwodzenie nogi w stawie biodrowym. Celem jest aktywacja core oraz mięśni pośladkowych oraz stabilizacja odcinka lędźwiowego i miednicy. Przygotowanie do Side leg kick i Side leg lift.

13. Star prep, czyli wyprost w stawie biodrowym i zgięcie w stawie barkowym. Celem jest stabilizacja kręgosłupa i miednicy oraz aktywacja core. Przygotowanie do Swimming i Superman.

14. Half roll back, czyli zaokrąglanie pleców. Celem jest mobilizacja kręgosłupa i aktywacja mięśni brzucha. Przygotowanie do Roll up.

Nauka siadania i wstawania.

Nauka siadania i wstawania.

Wielu ćwiczeń pre pilates nie ma tu przedstawionych. Ale jeśli tylko zajrzysz do książki Alana Herdmana czy Body Control Pilates, znajdziesz ich całą masę. Osobiście wręcz uważam, że Alan Herman jest ojcem tychże ćwiczeń.

Szkolna deseczka w wersji zmodyfikowanej, czyli Chest Expansion w roli głównej

Nie wiem czy każdy, ale ja bankowo pamiętam ćwiczenie „deseczka” ze szkoły podstawowej! Wszyscy się chwiali i gibali, ja także oczywiście. Co przypomina mi od razu sytuację z wakacji na Teneryfie, gdzie nie ukrywam, ale wejść do oceanu wcale nie jest tak łatwo. Moi znajomi zaliczyli wywrotkę, podczas gdy ja, stanęłam, napięłam centrum, zakotwiczyłam nogi, i ta dam, fala mnie nie przewróciła. Zrobiłam krok w przód, przeczekałam, krok w przód, przeczekałam, krok w przód i już pływałam. Takie ćwiczenia na stabilizację tułowia, dokładnie jak Thigh Stretch, są jak widać niezwykle przydatne w życiu codziennym 😛

Ale czemu dziś o deseczce? A bo znowu, co szkoła to inne zasady. Lecimy więc z tematem. Ale jeszcze zanim to zrobimy, powiedzmy jak w ogóle wygląda ćwiczenie. A więc jesteś w wysokim klęku na reform erze twarzą do linek, trzymasz w dłoniach linki, następnie ciągniesz je na siebie, a gdy już to zrobisz, skręcasz szyję patrząc na boki i na sam koniec, wracasz do pozycji wyjściowej. Banał, nie? A jednak znów, każda szkoła ma swoją wersję tego ćwiczenia. I tak oto:

STOTT: Z wydechem naciągasz linki na siebie. Wdech – skręcasz głowę w jedną stronę i z wydechem wracasz nią na środek. Wdech – skręcasz głowę w drugą stronę i z wydechem wracasz na środek. Wdech końcowy – wracasz rękoma w przód, do pozycji wyjściowej.

Polestar: Z wdechem naciągasz linki na siebie. Następnie skręcasz głowę w lewo, w prawo i na środek. Z wydechem wracasz rękoma do pozycji wyjściowej.

Body Control Pilates: Jak Polestar, różnica polega (a raczej może polegać) na ustawieniu nóg, gdzie przyjmuje się opcję zaczepienia stóp o brzeg wózka.

Pilatistic Old School: Z wdechem naciągasz linki. Zatrzymujesz oddech na ruch głową w obie strony oraz powrót na środek. Z wydechem wracasz rękoma w przód do pozycji wyjściowej.

Basi:

Peak:

Po raz kolejny widać, że praktycznie każda szkoła uczy ćwiczenia zupełnie inaczej. Dlaczego? Nie mam absolutnie pojęcia. Jedno natomiast jest pewne. Nigdy nie wiesz, która wersji będzie najlepsza dla Twojego klienta. A nie oszukujmy się, to dla niego trening ma być idealnie dopasowany. To pod jego potrzeby wybieramy najlepszą wersję wykonywania danego ćwiczenia. Zatem kompletnie pozbawione sensu są sprzeczki, który pilates jest lepszy, a który gorszy i który, de facto, najbardziej pomoc klientowi.

Reformer klasyczny vs Reformer nowoczesny

Dwa tygodnie temu pisałam wpis porównujący pilatesowe krzesła. Postanowiłam pociągnąć ten temat i tym razem wziąć pod lupę sprzęt, bez którego pilatesowe studio nie istnieje. Oczywiście jest nim Reformer!

Od razu nadmienię, że obecnie jestem w posiadaniu Reformera Rialto od Balancedbodypolska. Sprawuje się mi się świetnie! A jest mocno eksploatowany. Całkowicie szczerze go polecam.

No dobrze ale wróćmy do porównania reformera klasycznego z nowoczesnym

Contrology Reformer

Rialto Reformer

Jak widzicie różnici jest dość sporo. Być może nie rzutują one tak mocno na całokształt treningu. Bo jeżeli chcemy to zarówno na Contrology jak i Railto zrobimy całkowicie wartościowy trening. Jeżeli jesteś osobą zaawansowaną i szukasz czegoś więcej. Masz mocno rozbudowane pomysły treningowe. To w takim wypadku Reformer nowoczesny czyli np Rialto będzie bardzo dobrym wyborem.

Porozmawiajmy o stawianiu granic

Majówkowy wypoczynek służy mi tak bardzo, że moja głowa zaczęła analizować sprawy, nad którymi w biegu życia za dużo nie rozmyślam. Często jednak te kwestie przypominają o sobie w takich typowych sytuacjach trener vs klient. Niby typowych, ale jednak nie do końca. Co mam na myśli?

Myśle, że każdej osobie działającej w tym biznesie zdarzyła się choć jedna sytuacja z tych, które dziś poruszę😉

Zacznijmy od najbardziej popularnej kwestii jaką jest negocjowanie ceny.

Jest to nasza praca, a za naszą pracę ustalamy sobie odpowiednią cenę. Jaką to zależy od miejsca, lat doświadczenia, wiedzy i pewności siebie. Stawka, którą wybieramy, powinna być absolutnie nienegocjowalna. Bardzo często w stawkę godzinową wliczana jest również konserwacja sprzętu, wynajem/koszty miejsca, oraz najważniejsze, czyli nasza wiedza, którą stale poszerzamy. Poza tym weźmy pod uwagę fakt, że gdy idziemy do lekarza na prywatna wizytę, czy do kosmetyczki na zabieg, nie negocjujemy ceny za wykonaną usługę . Dlaczego więc sytuacja ta miałaby wyglądać inaczej w naszej branży?

Niestety takie sytuacje zdążają się dosyć często. Powiedziałabym, że zdecydowanie zbyt często. Niezależnie od stażu. Moja rada… Zagryźć zęby i twardo trzymać się ustalonych stawek. Jeżeli pozwolimy na taka sytuację, klient wyczuje naszą uległość. To spowoduje przesuwanie pewnych ustalonych granic już od samego początku. A wierzcie mi, potem zaczną się próby przesuwania kolejnych i kolejnych granic. Szanujmy się i niech inni szanują nas. Cennik trenera to nie widełki od do. To jedna konkretna cena. Za jeden trening. Za godzinę naszej pracy. Za naszą wiedzę.

Kolejną ważną kwestią są godziny pracy. Jeżeli masz jasno sprecyzowane godziny, dajmy na to 9-19, to tego się bezwględnie trzymasz. Jeżeli ulegniesz i zapiszesz takiego klienta na godzinę 8 lub 20, czyli nie w godzinach swojej pracy, to bardzo prawdopodobne, że to nie będzie jedyny raz kiedy taki klient spróbuje negocjować z Tobą godzinę treningu.

Trzymaj się jasno wyznaczonych godzin. Jeżeli klient zauważy, że istnieje możliwość negocjacji, to zacznie to robić coraz częściej.

Klienci są trochę jak dzieci. Szczególnie w tych początkowych etapach nieustannie badają nasze granice. Sprawdzają na ile jesteśmy w stanie się ugiąć oraz jak wiele są w stanie wynegocjować.

To niestety prowadzi do zaburzenia relacjami na gruncie trener vs klient. Zaczyna się robić kwas i na dłuższą metę taka relacja zaczyna męczyć.

Zdecydowanie powinno się oddzielać życie prywatne od firmowego. Klient powinien pozostać klientem. A nie nagle stawać się naszym bliskim znajomym. Samej mnie jest łatwiej to napisać niż się tego trzymać 😛 Ta zasada jest dla mnie najtrudniejsza. Ale myślę, że nie tylko dla mnie.

Jednak dwie pierwsze zasady są dla mnie niezwykle ważne, wręcz kluczowe. Myślę, że bez nich miałabym po 1 niezły burdel, po 2 cała masę frustracji i pretensji do siebie.

Zdecydowanie nie bójmy się określania swoich granic. Im jaśniej będziemy się wyrażać, tym łatwiej będzie nam w przyszłości. Będzie mniej niedopowiedzeń i problemów. To też określa nas. Lepiej współpracuje się z kimś, kto jest od A do Z określony, niż gdy nigdy nie wiadomo o co chodzi.

Ciekawa jestem jakie próby przekraczania granic na gruncie trener vs klient spotkały Was.

Combo Chair VS Wunda Chair

Dziś odbędzie się pojedynek na krzesła ;p Brzmi ciekawie? Przyznajcie jakie było wasze pierwsze skojarzenie? Czyżby weselne zawody, kto pierwszy usiądzie na krześle? 😛 No, ale nie o tym dziś będzie (choć rozważę taką zabawę z wykorzystaniem pilatesowych krzeseł jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na ślub i wesele). Ponieważ jestem świeżo po szkoleniu „Pilates w wadach postawy i schorzeniach kręgosłupa na dużym sprzęcie”,a szkolenia te odbywam poza moim studiem, przeszło mi przez myśl, że może są wśród Was osoby zastanawiające się nad skompletowaniem swojego własnego pilatesowego zakątka. Ale najpierw wolałyby się rozeznać w dostępnym na rynku sprzęcie.

Sprzętu na rynku jest co niemiara. Nie dość, że dostępne są sprzęty większości znanych na całym świecie firm, to jeszcze różne modele tej samej rzeczy. Bywałam w różnych miejscach w Polsce i poza nią, dzięki czemu miałam możliwość oglądania i testowania różnych sprzętów.

Od razu zaznaczę, że moje pilatesowe studio jest od góry do dołu wyposażone w sprzęt od firmy Balancedbodypolska. Firmy, do której mam bardzo duże zaufanie jeżeli chodzi o jakość i praktyczność sprzętów. Dlatego też opisywane przeze mnie sprzęty pochodzą właśnie od nich.

Od razu też powiem na jaki model krzesła ja się zdecydowałam. W moim przypadku wybór padł na Combo Chair.

Dlaczego wybrałam Combo Chair?

Każdy kto mnie i zna i mnie czyta wie, że pracuję terapeutycznie, łącząc moją wiedzę fizjoterapeutyczną z pilatesową. Dlatego też poszukuję sprzętów, w których modyfikacje są możliwe na milion sposobów. Choć nie ukrywam, że czasem sam duży sprzęt mi nie wystarcza i dodaję do niego jeszcze małe przybory, jak taśmy, wałki, Magic Circle czy małe piłeczki, robiąc z treningu niezły cyrk 😛 Combo Chair ma możliwość zmian ustawień i dopasowywania ich pod potrzeby klienta. Zatem idealnie dla mnie, ale zaraz zrozumiesz dlaczego.

Pamiętajcie, że wybór musi być podyktowany waszymi oczekiwaniami.

No dobrze możemy chyba już przejść do porównania

WUNDA CHAIR vs COMBO CHAIR

Wygląd

Podnóżek

Rama

Uchwyty

Sprężyny

Kontynuując kwestię mojego wyboru krzesła. Dlaczego Combo Chair?

  1. Uchwyty – dają możliwość wykonywania ćwiczeń w zawieszeniu na nich jak izolacja łopatek czy tricepsy stojąc, ale przede wszystkim są świetną pomocą przy wchodzeniu na krzesło czy staniu przy krześle dla osób mających problem z równowagą. Klienta z niestabilnym kolanem najpierw ustawiam przy krześle w asyście uchwytów, by czuł się bardziej pewnie i stabilnie.
  2. Cztery sprężyny o dwóch rodzajach oporu. Ostatnio John Garey powiedział, że zmienianie sprężyn pozwala zmienić ciało. Wychodzenie ze standardowych ich ustawień to bodziec dla układu nerwowego. Klasyczne dwie mocne sprężyny to dla klientów z problemami zdrowotnymi zdecydowanie za dużo. Poza tym, czasami potrzebna jest siła, a czasem jej brak na rzecz stabilizacji. Wtedy przydają się lekkie sprężyny. Np ćwiczenie Pike/Elephant/Pull up (wszystkie 3 nazwy dotyczą tego samego ruchu) wykonywane na dwóch mocnych sprężynach jest o wiele łatwiejsze (sprężyny pomagają w ruchu), niż z jedną słabą (pedał nie unosi się za pomocą sprężyn, a siłą brzucha) i w ten sposób można dawać wyzwanie dla mięśni brzucha.
  3. Rozdzielny pedał – o tak! Wiwat dla ćwiczeń naprzemiennych, asymetrycznych. Jak ja uwielbiam rotacje w leżeniu przodem z dłońmi na pedale, footwork naprzemianstronny czy przejście z planka do gwiazdy. Tego nie da się wykonać na łączonym pedale. Nie i już.

Podsumowując: jeśli pracujesz terapeutycznie bierz Combo. Zaufaj mi, to najlepsze rozwiązanie.

Uważam, że obydwa krzesła spełniają wspaniale swoje funkcje. To kwestia tego czego potrzebujesz staje się kluczowa w wyborze 🙂 Mam nadzieję, że sporządzone przeze mnie zestawienie ułatwi Ci wybór.

Czy trener pilates może mieć depresję?

Od 4 dni spędzam czas w przepięknych urlopowych okolicznościach. Relaksuję się, odpoczywam, zbieram siły. Regeneracja jest dla mnie mega ważna! Szczególnie ta psychiczna. A taki wyjazd rewelacyjnie wpływa na nia wpływa. Dlaczego o tym mówię? Bo dziś chcę poruszyć niezwykle ważną kwestię, o której rzadko się mówi. Jednak jest to sytuacja, z którą zmaga się wielu trenerów pilates.

Absolutnie nie zawaham się stwierdzić, że kocham swoją pracę i to jest właśnie to, co daje mi satysfakcję w życiu. Trafiło mi się, że robię to co lubię i lubię to co robię. Jednak każda praca, nawet ta z powołania, ma swoje ciemne strony. Wydaje mi się, że w szczególności tyczy się to zawodów związanych z pracą z ludźmi.

Dlaczego? Dlatego, że w takiej pracy bardzo duży wpływ na nasze samopoczucie, a w efekcie i jakość naszej pracy, mają osoby, z którymi pracujemy. W przypadku pracy trenera są to klienci. I mogą mieć oni zarówno pozytywny, motywujący, jak i negatywny, demotywujący wpływ na nasze samopoczucie czy jakość pracy.

Z pozoru praca trenera pilates może się wydawać mega fajna. Ruch, ludzie, super otoczenie, zero stresu, człowiek w zasadzie to się nie napracuje, a i dobrze zarobi. Ile razy slyszałam, że moja praca to tak naprawdę nie praca. Że nie ma absolutnie nic wspólnego z pracą w biurze. A że jeszcze prowadzę własną działalność, biorę wolne kiedy chce, pracuję kiedy chce, zarabiam dużo. Co za bzdury. Jakie to niewyobrażalnie powierzchowne patrzenie.

Praca z człowiekiem wymaga odpowiedzialności. Bardzo często treningi są swego rodzaju psychoterapiami. Klienci często zostawiają u trenera swoje problemy, dzielą się rozterkami i różnego rodzaju przemyśleniami. Obarczają swoimi problemami zdrowotnymi. Boli tu, boli tam, nie radzę sobie, od 20 lat nie mogę się pozbierać, mam depresję. Często również klienci oczekując porady. Nie tylko pomocy, , uzdrowienia, ale i życiowej porady. Oczekują, że trener za nich zrobi robotę, z którą oni nie dali sobie rady. Ogromnie cenię sobie bliskie więzi ze swoimi klientami. Początkowo jednak nie za bardzo umiałam rozdzielać pracę od emocji i tego co od klientów słyszałam. A jednak najgorsze co możemy zrobić to zabierać czyjeś problemy ze sobą. Teraz już to wiem, ale nauczenie się tego zajęło mi kupę czasu. Myślę, że w gronie moich znajomych po fachu nie jedna z Was boryka się z tego typu kwestiami. Bardzo ciężko jest utrzymać zdrową relację na gruncie klient – trener. Ale to wynika z faktu, że przecież jesteśmy tylko ludźmi. Jednak zabieranie czyichś problemów ze sobą to krok do zafundowania sobie samemu psychoterapii.

W kwestii, o której zaraz wspomnę, sytuacja powoli u nas w kraju zaczyna się normować. Jest to bardzo powolny proces, ale zawsze jakiś. Natomiast pamiętam swoje początki, kiedy wchodziłam w realia naszego kraju z czymś takim jak pilates. Największym problemem była kwota jaką należy zapłacić za zajęcia personalne na sprzęcie. Bardzo często słychać było niezadowolenie wysokością ceny takiej usługi. No właśnie, ale czy mówi się o tym, że pilatesowy sprzęt, na którym przeprowadzane są treningi, jest drogi? Czy mówi się o tym, że wykwalifikowanie się na trenera pilates jest drogie? Biorąc te wszystkie aspekty pod uwagę okazuje się, że ceny za treningi wcale nie są zbyt duże. Ale słuchanie tego w koło może przyprawić o ból głowy i załamkę.

Prowadząc swoje Pilatesowe studio, w którym pracują również inni trenerzy, mogę powiedzieć, że ciężko jest również znaleźć dobrze wykwalifikowane osoby do takiej pracy. Poszukiwania czato trwają baaardzo długo i serio jest to frustrujące. Mam jednak nadzieję, że pilatesowy świat zacznie się tu coraz prężniej rozwijać! Co da nam wieksze możliwości.

Oczywiście możemy się licytować, w którym zawodzie jest ciężej, trudniej psychicznie. Ale nie o to mi chodziło pisząc ten wpis. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że trener to nie zawód gdzie jest wszystko kolorowe i bezproblemowe. Spoczywa na nas duża odpowiedzialność, z którą nie każdy radzi sobie gładko i pięknie. Nie bójmy się powiedzieć, że jest z nami gorzej, że przechodzimy kryzys. Nie bójmy się zadzwonić do koleżanki po fachu po poradę i wsparcie. Nie bójmy się pójść na psychoterapię czy do psychiatry. Mnie od totalnego wariactwa dwa razy uratowały koleżanki po fachu. Raz gdy byłam na etapie zamykania dużego studio, a raz gdy pracowałam po 13 godzin dziennie. I nie boję się powiedzieć, że wylądowałam u psychiatry poszukując pomocy. Jesteśmy tylko ludźmi, którzy dźwigają brzemię pomagania innym i radzenia sobie z ich bólem. To cholernie ciężka sprawa.