Ale czy muszę mieć szkolenie…?

Wyobrażasz sobie trenera pilates prowadzącego treningi na pilatesowym sprzęcie bez żadnego wykształcenia ku temu? Przecież maszyna to maszyna… Ma wózek, ma kółka, na których się porusza. Ma sprężyny, które dają opór. Przecież to nic trudnego skonstruować trening z użyciem reformera, prawda?

Omg, jakbym usłyszała takie pytanie na moich zajęciach/warsztatach/szkoleniach, to chyba bym wyciągnęła wałek do ciasta zza pleców i pitolnęła porządnie w czarep osobę pytającą! A czy robiąc terapię manualną muszę być fizjoterapeutą? Lepiej! Czy jak jeżdżę po hali wózkiem widłowym, to muszę mieć przeszkolenie, by nikomu nie zrobić krzywdy? No heloł! Oczywiście, że musisz! Skąd więc ten genialny pomysł, że nie?

Pracując od 19 lat w branży, zauważam pewną zmianę, szczególnie jeśli chodzi o młodych instruktorów. Są bardzo pewni siebie mimo braku posiadanej wiedzy. Oczywiście w ich oczach sprawa wygląda zupełnie inaczej, gdyż są młodsi, bardziej charyzmatyczni i zdecydowanie bardziej przebojowi. Ten cały harmider wokół ich wspaniałości ukrywa wszystkie braki jakie posiadają.

A jak to się ma do branży pilates? Obecnie bardzo popularne są Reformery. Generalnie pilates wyszedł z klubów fitness do butikowych studiów pilates w pełni wyposażonych w maszyny. I dzieje się trochę jak w kiedyś popularnej reklamie gumy rozpuszczalnej – „Wszyscy mają mambę, mam i ja”. Kupują więc namiętnie sprzęty i zaczynają na nich pracować. Im szybciej, tym lepiej. To jest takie modne teraz, muszą być na czasie, nie mogą zostawać w tyle… Swojego pierwszego reformera kupiłam w 2010 roku. Nie miałam gdzie wtedy się z niego wyszkolić, więc napisałam do jednej z bardzo niewielu nauczycielek w Polsce, czy mogłaby mnie przeszkolić indywidualnie z podstawowych ćwiczeń. I tak też się stało, pojechałam do niej, wytłumaczyła mi o co w tym wszystkim chodzi, nauczyła naprawdę podstawy podstaw. Spędziłam u niej dobrych kilka godzin, ćwicząc i robiąc notatki, dzięki czemu po powrocie do Łodzi, wiedziałam orientacyjnie co, jak i gdzie. Praktykowałam na sobie, dokupiłam też kilka książek (a sprowadzanie rzeczy przez internet spoza Polski nie było jeszcze tak łatwe jak teraz) i uczyłam się. Wszystko po to, by nie zrobić klientowi żadnej krzywdy i wiedzieć co z nim faktycznie ćwiczę. Teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Mówisz i masz. Szkolenie jednodniowe, bez praktyk, za to z papierkiem. Szkolenie przez osobę będącą 2 lata w branży… Ale po co w ogóle jechać na szkolenie skoro możesz komputerowo podrobić certyfikat szkolenia i nikt nawet się nie skapnie, że to jedna, wielka ściema. Klient tym bardziej nie zwróci na to uwagi, skąd ma wiedzieć jak się ćwiczy na sprzęcie? Wiesz tylko Ty i wiem ja, obserwując te bzdury na mediach społecznościowych. Widzę idiotyczne podpięcia sprzętu i jeszcze bardziej idiotyczne ćwiczenia. Widzę akrobacje tylko dla fotki na Instagram i zastanawiam się kiedy osoba wykonująca złamie sobie kark. Widzę błędy i niebezpieczeństwa. Oczami wyobraźni widzę także wypadki i kontuzje. A to wszystko dlatego, że instruktor nie widział potrzeby pójścia na szkolenie z zakresu sprzętu jaki właśnie zakupił i postanowił wykorzystywać ze swoimi klientami. Faktycznie, maszyna jak maszyna, ma sprężyny, bloczki, haczyki. Inżynier łatwo by ogarnął kąty i dźwignie. Ale to jest tylko jedna strona medalu. Drugą jest podjęcie się obowiązku zadbania o klienta. O jego sprawność i zdrowie.

Od tego co wiesz, zależy jakość prowadzonego treningu. Pozbądź się pychy i przekonania, że wszystko wiesz najlepiej. Myśl. Czerp nauki i korzystaj z pomocy tych, którzy dłużej się tym zajmują.

Niech to będzie Twoją mantrą 🙂

Opublikowane przez magdapilates

instruktor i trener personalny Pilates, miłośniczka ćwiczeń Pilates i zdrowego aktywnego trybu życia

Dodaj komentarz