Temat rzeka, naprawdę. Sporo z nas ma w sobie coś z dziecka, które uwielbiało godzinami wisieć na osiedlowym trzepaku. Sporo z nas ma również potrzebę posiadania super fotki w dziwnej pozycji, którą wstawi na Instagram i będzie się cieszyć polubieniami. Gdzie jest granica pomiędzy pilatesem a akrobatyką? Kiedy są ćwiczenia, a kiedy idiotyzmy?
Ten post sięga daleko, daleko wstecz, do rozmów i sprzeczek nauczycieli pilates na całym świecie. Jakich? O tym czym jest, a czym nie jest pilates. O wyznaczaniu wielkiej, szerokiej granicy pomiędzy Real, True i Authentic pilates, a zwykłym pilates. Czy w ogóle istnieje taka różnica? A nawet jeśli istnieje, kto ją wyznacza? I czy w ogóle ma to jakiekolwiek znaczenie?
Powiedzmy sobie najpierw najważniejszą rzecz na świecie

Jeśli mnie znasz, wiesz dobrze, że wywodzę się z fizjoterapii i pilatesu „współczesnego”. Trenowałam gimnastykę artystyczną, pole dance i inne takie. Prowadziłam zajęcia fitnessowe choreograficzne. Ale to przede wszystkim fizjoterapia nauczyła mnie patrzeć na ciało w całości i dobierać ćwiczenia idealnie pod potrzeby klienta. Ale wiesz także, że jestem zwariowana i uwielbiam tworzyć i wymyślać, szaleć i dać ponieść się wyobraźni. I, przyznaje się do tego szczerze, mam wielki fun z próbowania ćwiczeń znalezionych na Instagramie, i to właśnie tych dziwnych, a wręcz ekstremalnych.
Piszę teraz szczerze, nie negując niczyich przekonań, zdobytej wiedzy i pracy. Do mnie klasyka NIE PRZEMAWIA. Umiejętność dostrzegania bardzo wielu detali w ciele klienta nie pozwala mi na to, bym mimo to co widzę, zamykała się w pewnych ramach i pracowała bez możliwości wprowadzenia zmian na każdym poziomie ruchu. Klasyka mnie osobiście ogranicza w pracy. Sam fakt, że zajmując się pilatesem prawie 20 lat, nie pamiętam orderu na macie czy na reformerze o_O. Dla mnie nauka pilatesu ma być przyjemnością, frajdą, szczęściem. Nie musztrą, nie robieniem pod dyktando, nie stresem. A z tym właśnie pilates klasyczny mi się kojarzy. Również to, że ćwiczenia obecnie wyglądają dokładnie tak samo jak z czasów dziadka Pilatesa z 1950 roku. I dokładnie tak samo się je wykonuje. To tak jakby zatrzymać medycynę w 1950 roku i operować wyrostek robaczkowy wielkimi cięciami w jamie brzusznej, a popsuty ząb wyrywać, zamiast leczyć kanałowo. Pamiętasz gabinet pielęgniarski i stomatologiczny w szkole podstawowej w latach 90? To już był koszmar! Czy chcę tak pracować z klientem? Absolutnie nie!
Wracając do kwestii, że pilates jest formą ruchu, formą aktywności fizycznej, formą spędzania wolnego czasu…
Na czym Ci zależy najbardziej?
- aby Twój klient cieszył się treningiem i sprawnym ciałem
- na konieczności wykonywania ćwiczeń tak jak opisał to Józek
- na swoim ego
Dla klienta nie jest ważne czy ćwiczenia wywodzą się od Romany, Jaya, Rona, Kathy, Lolity czy innych. Dla klienta ważne jest to, by jego potrzeby ruchowe były realizowane, by dobrze się czuł w trakcie i po spotkaniach oraz by efekt utrzymywał się długo dając mu sprawne ciało. Czy klienta interesuje, że to, że reformer, na którym ćwiczy, jest idealnie zgodny z oryginałem stworzonym przez Józka? Halo, jakiego Józka, kim jest Józek? KLIENTA TO NIE OBCHODZI.
No dobra, bo tu zaraz inny post mi się wedrze z tych rozważań, więc wracam do tematu. O co w tym wszystkim chodzi? Otóż wiele nauczycieli zarzuca innym wstawianie na media społecznościowe zdjęć prezentujących wymyślne, wręcz akrobatyczne, pozycje na pilatesowym sprzęcie. Szpagaty, zwisy, przepisy, wiszenie w powietrzu na sprężynach, bujanie się na pasku itd itp itt. Czy to wciąż jest pilates? Wróćmy do dawnych czasów. Czy przypadkiem nie o to była sprawa w sądzie pomiędzy Johnem Howardem Steelem (klientem i przyjacielem Józefa), a Romana Kryzanowska i Seanem Gallagherem? O to by pilates był nazwą ograniczoną tylko i wyłącznie do systemu stworzonego przez Józefa, bez jakichkolwiek zmian? Kto może decydować co jest pilatesem, a co już nie? Dobrze wiemy, że inne ćwiczenia zostaną zaproponowane klientowi z bólem pleców, inne kobiecie w ciąży, inne piłkarzowi, inne baletnicy i inne członkowi Circus du Solei. Czy dla tych ostatnich będziemy robić Arm Work Supine, czy będziemy się koncentrować na wzmacnianiu ciała w pozycjach szpagatów, mostków, zwisów i przewisów?

Czy to jest wciąż pilates?






A czy to jest pilates?
Zacytuję tu Johna Howarda Steela, prosto z jego książki „Caged Lion”.

I jeszcze jednego, którego bardzo szanuję i cenię za ogrom wiedzy, Toma Waldrona.



Nie rozumiem istniejących podziałów. Haseł w stylu „moje jest lepsze od Twojego, a moja racja jest prawdziwsza od Twojej racji”. Nie lubię szufladkowania i spierania się o rzeczy, tak naprawdę, nieistotne. Mam wrażenie, że ludzie sami sobie tworzą problemy i bariery prowadzące tylko do konfliktów. Jest to dla mnie absolutnie bez sensu. Preferuję Pilates bez kija w tyłku i cieszenie się tym co robię. Gdyż robię to co lubię i lubię to co robię. A wszystkim pozostałym, którzy twierdzą, że ich pilates jest lepszy, prawdziwszy, bardziej autentyczny i Bóg jeden wie co jeszcze, polecam zakup poniższego i zajęcie się tylko i wyłącznie czubkiem własnego nosa.

